Noc, która daje się zaczerpnąć
- 5 lip
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 6 lip
Wiesława Kwinto-Koczan
Noc bieszczadzka
Noc bieszczadzka pachnie
białymi floksami,
strażniczkami studni
pełnej gwiazd.b BN
Czerpiemy z niej złoto
zapuszczając żurawia,
mącimy galaktyczny ład
Drogi Mlecznej.
Zasypiamy syci pełnią księżyca.
Wiersz „Noc bieszczadzka” Wiesławy Kwinto-Koczan jest miniaturą liryczną, ale należy do tych utworów, które pozostają z czytelnikiem znacznie dłużej, niż trwa sama lektura. Kilka krótkich wersów otwiera przestrzeń, w której natura nie jest jedynie tłem dla ludzkiego doświadczenia, lecz żywym uczestnikiem spotkania.
Już pierwszy wers uruchamia zmysły. Noc nie jest ciemnością ani porą doby – pachnie „białymi floksami”. Zapach staje się przewodnikiem po świecie, w którym wszystko jest bliskie i oswojone. Białe kwiaty, nazwane „strażniczkami studni”, nadają temu miejscu niemal baśniowy charakter. Studnia przestaje być zwyczajnym elementem wiejskiego krajobrazu. Wypełniają ją gwiazdy, jakby niebo odbijało się w jej głębi tak doskonale, że granica między tym, co nad nami, a tym, co pod ziemią, przestaje istnieć.
Najpiękniejszy obraz pojawia się jednak w chwili czerpania. „Czerpiemy z niej złoto / zapuszczając żurawia”. W języku polskim żuraw jest jednocześnie ptakiem i dawnym urządzeniem służącym do wybierania wody ze studni. Poetka świadomie wykorzystuje tę wieloznaczność. Wystarczy jeden gest, by codzienna czynność nabrała kosmicznego wymiaru. Nie wyciągamy już wody, lecz światło, bogactwo nocy, może nawet odrobinę nieskończoności.
To właśnie w tym miejscu pojawia się subtelna refleksja o obecności człowieka w świecie. „Mącimy galaktyczny ład / Drogi Mlecznej.” Wystarczy nasze istnienie, by wpłynąć na porządek wszechświata. Nie jest to jednak akt pychy ani zniszczenia. Raczej przypomnienie, że człowiek nigdy nie pozostaje wobec natury obojętny. Każde spojrzenie, każdy gest, każde doświadczenie zmienia coś – choćby tylko na chwilę. W tym obrazie pobrzmiewa także dziecięce zdumienie. Jakby autorce udało się zachować sposób patrzenia, w którym studnia naprawdę prowadzi do gwiazd.
Ostatnie dwa wersy przynoszą wyciszenie. „Zasypiamy syci pełnią księżyca.” Nie ma tu mowy o głodzie ani zmęczeniu. Człowiek zostaje nasycony światłem, ciszą i obecnością przyrody. Księżyc staje się pokarmem duchowym, czymś, czego nie można dotknąć ani zatrzymać, ale co pozwala osiągnąć wewnętrzny spokój.
Siłą tego wiersza jest jego prostota. Poetka nie opisuje Bieszczadów wprost. Nie wspomina połonin, szlaków ani górskich panoram. Wystarcza zapach floksów, studnia, kilka gwiazd i księżyc, aby czytelnik odnalazł w tych obrazach własne doświadczenie letniej nocy. Dzięki temu „Noc bieszczadzka” nie jest jedynie poetycką pocztówką z konkretnego miejsca. Staje się opowieścią o chwilach, w których człowiek przestaje oddzielać siebie od świata i odkrywa, że najcenniejsze skarby można znaleźć nie w rzeczach, lecz w uważnym patrzeniu.
To wiersz o zachwycie. Takim, który nie potrzebuje wielkich słów. Wystarczy spojrzeć w głąb studni, aby zobaczyć niebo. Wystarczy znaleźć się w odpowiednim miejscu i pozwolić, by noc mówiła własnym językiem. Wtedy rzeczywiście można zasnąć sytym – nie dlatego, że ma się wszystko, ale dlatego, że na krótką chwilę poczuło się pełnię świata.
Tomasz Walczak









Komentarze