Z pamiętnika pielęgniarza, który w przerwach między życiem a śmiercią bywa poetą😊😊😚
- 2 dni temu
- 3 minut(y) czytania
Dzisiaj odkryję przed wami jedną z pierwszych kart mojego pamiętnika.
Równo dwadzieścia pięć lat temu pojechałem na moje pierwsze zlecenie do pacjenta mieszkającego w Menden w Niemczech. Niewielka, ale za to bardzo malownicza wieś. W mojej ówczesnej firmie przedstawiono mi profil podopiecznego. Pan Anton był po wylewie. Nie chodzący, wymagający opieki praktycznie przez 24h. Karmienie, toaleta, pampersowanie i wszystkie inne rzeczy związane z pielęgnacją osoby starszej i bardzo schorowanej. Jako, że oprócz zawodu pielęgniarza, opiekuna medycznego, jestem także rehabilitantem, zapytano mnie czy będę mógł pana Antona troszkę aktywizować. Odparłem, że oczywiście. Z przyjemnością podejmę się tego zadania. Muszę przyznać, że początki były trudne. Pan Anton postawił sprawę jasno. Nie będzie ćwiczył. To i tak nic nie pomoże. On chce umrzeć w spokoju. Mam iść w cholerę z tą swoją szarlatanerią. Oczywiście dla świętego spokoju powiedziałem, że szanuję jego decyzję, ale w głębi duszy nie miałem zamiaru się poddawać. Po tygodniu postanowiłem posadzić pana Antona na wózek inwalidzki. Pomyślałem sobie w duchu:
"Dosyć tego użalania się nad sobą Antonie. Zrobię wszystko abyś mógł chociaż siadać na fotel w salonie".
Pamiętam zaskoczenie na twarzy pana Antona, gdy powiedziałem tonem nie znoszącym sprzeciwu, że dzisiaj siadamy na wózek. Anton spojrzał na mnie jak na swojego kata i po kilku sekundach pyskówki, poddał się. Założyłem mu czyste ubranie i wywiozłem do ogrodu zimowego (przeszklona weranda, w której stoi zazwyczaj kawowy stolik, krzesła i mnóstwo kwiatów doniczkowych). Ustawiłem wózek przy wielkim oknie i pozwoliłem panu Antonowi obserwować jak kwitną krokusy w jego pięknym ogrodzie. Jego żona Maria, bardzo zaskoczona faktem, że udało mi się wyciągnąć jej męża z łóżka, spojrzała na mnie i spytała:
- Jak tego dokonałeś?
- To nie ja pani Mario. Anton sam chciał wstać.
Pani Maria uśmiechnęła się do mnie. Wiedziała, że jej mąż wcale nie chciał sam wstać.
To był początek moich zmagań z Antonem i prób postawienia go na nogi. Od tamtego dnia zwiększałem czas jaki pan Anton spędzał w fotelu w salonie. Któregoś dnia przyniosłem z schowka pod schodami duży materac i postanowiłem, że położę Antona na nim i przystąpię do właściwej rehabilitacji. Jak postanowiłem, tak zrobiłem i swoje postanowienie przekułem w czyn. Pan Anton z początku strasznie przestraszony i pesymistycznie nastawiony, stanowczo odmawiał, ale po upływie dziesięciu minut skapitulował. Pozwolił podnieść się z fotela i ostrożnie przełożyć się na materac. Ułożyłem podopiecznego w wygodnej pozycji na plecach i poprosiłem aby się rozluźnił. Gdy Anton pozbył się napięcia i uznał, że nie zrobię mu krzywdy, przystąpiłem do ćwiczeń. O dziwo, Anton bez żadnych oporów wykonywał wszystkie moje polecenia. Postanowiłem, że przez pierwsze dwa tygodnie rehabilitacja Antona będzie raz dziennie przez około pół godziny. Po upływie tego czasu zauważyłem u Antona znaczną poprawę jeśli chodzi o motorykę. Chwytał piłeczkę, zginał nogi w kolanie i unosił je na wysokość kilku centymetrów. A skoro jest poprawa, trzeba pójść za ciosem i kuć żelazo póki gorące. Wprowadziłem gimnatykę dwa razy dziennie przez godzinę. Anton wydawał się tym pomysłem zachwycony, zwłaszcza, że sam zauważył u siebie poprawę.
Ale któregoś dnia przyszło załamanie. Pamiętam jak popołudniu zszedłem do niego z piętra i widziałem, że coś jest nie tak. Anton spojrzał na mnie i powiedział, że ma dość. Moja intuicja podpowiadała mi, że to tylko chwilowe załamanie. Usiadłem obok niego i zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziałem mu, że teraz nie można się poddać, że tyle już wspólnie osiągnęliśmy, że w głębi duszy nie chce wracać z powrotem do łóżka. Anton spojrzał na mnie, otarł łzy i powiedział:
- Do roboty!
Od tamtej pory ćwiczyliśmy dwa razy dziennie po godzinie. Była to intensywna rehabilitacja, która zaczęła przynosić efekty.
Któregoś dnia przytargałem z piwnicy rowerek stacjonarny i poprosiłem Antona aby na nim usiadł i spróbował pedałować. Anton powoli usiadł na nim i delikatnie poruszył pedałami. Po chwili znacznie przyspieszył. Pani Maria stała obok mnie i że łzami w oczach powiedziała do mnie:
- Michael. Jesteś cudotwórcą. Dziękuję.
- Nie musi mi pani dziękować. Zrobiłem co należało. W większości to zasługa uporu pani męża i jego chęci powrotu do sprawności.
Po piętnastu minutach Anton zszedł z roweru. Podałem mu laskę i poprosiłem aby przeszedł powoli kilka kroków do fotela. Jak myślicie. Przeszedł?
Oczywiście, że przeszedł i to jak! Usiadł w fotelu i spytał mnie czy to rzeczywiście on trenował.
Spędziłem tam trzy lata i w tym czasie udało mi się przywrócić osiemdziesiąt procent sprawności panu Antonowi. To był cudowny czas a największą dla mnie zapłatą był uśmiech na jego twarzy i twarzy jego żony Marii. Cudownie było patrzeć jak Anton przy pomocy laski przechadza się po ogrodzie.
Pamiętam, gdy przechodził do lepszego świata, powiedział mi tylko jedno słowo. Słowo, które miało wtedy wszystkie słowa pod sobą
DZIĘKUJĘ♥️♥️♥️
I ja dziękuję za to, że miałem przyjemność z panem pracować.
Przemysław Trenk



Komentarze