Oni...❤️❤️❤️
- 6 cze
- 6 minut(y) czytania
Oni...
Codzienność. Takie pospolite słowo. Pospolitość w każdej czynności. Pobudka. Zazwyczaj ok.5.00 nad ranem. Mógłbym budzić się o czwartej nad ranem, i razem z Krzysztofem Myszkowskim zaśpiewać..."Czwarta nad ranem. Może sen przyjdzie?". Może. Przeważnie nie przychodzi. Zatem co teraz? Dookoła wszyscy jeszcze śpią. Cztery psy, trzy koty. Te w koźlarni zapewne też. Bo który szanujący się kot po całonocnych eskapadach budzi się tak wcześnie? Ale nie śpi też ona. Moja Przyjaciółka Dusia. Nauczycielka życia. Mojego życia. Przy całym pięknie swojej duszy i serca potrafi być srogim nauczycielem. Działa jak hamulec, gdy czasami moim zachowaniem przegnę tzw. "pałkę". Ale ma w sobie jeszcze coś. Te niewyczerpalne pokłady miłości i cierpliwości. Cierpliwości przede wszystkim do mnie. Jak ona mnie znosi? Nie wiem. Natomiast wiem, że jej choroba(fibromialgia - trudne słowo) nie pozwala na pełny i głęboki sen. Zastaję ją siedzącą przy laptopie.
- Dzień dobry moja Habibi.
- Dzień dobry. Śpij jeszcze Treniu. Dopiero 5.00 rano.
- Już nie zasnę. A poza tym idę do Rysia(mój podopieczny). Dzisiaj wyjątkowo i muszę posprzątać ten piękny dom.
Dusia odwraca głowę w moją stronę...
Jej spojrzenie mówi wszystko. W tych szczerych i pięknych oczach kryje się wszystko. Ból, bezsenność, cierpienie ale przede wszystkim miłość, współczucie i niczym niezachwiana, niezmącona wiara w Boga. Patrzy na mnie tymi swoimi paczydłami i łagodnym tonem stwierdza:
- Treniu...ty nic nie musisz.
Na kilka długich sekund zapada cisza między nami. Jest tak gęsta, że zdaje się osiadać na wszystko dookoła. Przetrawiwszy jej słowa odpowiadam.
- Wiem, że nie muszę. Ale chcę. Przepraszam. Użyłem złego sformułowania.
Dusia wstaje z fotela i wolnym(bardzo wolnym) krokiem idzie do kuchni. Dźwięk elektrycznego czajnika oznajmia, że będzie pierwsza poranna kawa. Po chwili Dusia zmierza w moją stronę niosąc w dłoniach dwa kubki najlepszej kawy na świecie. Jeden z nich jest duży i w moim ulubionym niebieskim kolorze. To mój kubek. Jest ciężki, a pełen kawy waży podwójnie. Dusia stawia ten kubek obok mnie na stoliku, i z uśmiechem, który jest w stanie rozwalić każdy mur mówi do mnie:
- Na zdrówko.
I tak jest każdego ranka. Ja opisuję tylko jeden dzień. Niedzielę. Codzienność? Pospolitość?
Nie. Każdy poranek jest inny. Każdy jest magiczny, i każdy jest pełen Boga.
W sypialni pełnej pięknych obrazów, które są dziełem Dusi śpi mój Habibi Stasiu - mąż Dusi. Wraz z nim śpi kotka Pancia i dwie cudowne psice - Jaga i Dudu. Cudowna harmonia. Kiedyś zrobiłem mu zdjęcie jak śpi. A spał jak dziecko przytulone do matczynej piersi. Mam to zdjęcie na dysku w telefonie. Staś...mój najlepszy Przyjaciel na świecie(a musicie wiedzieć, że mam jeszcze dwóch najlepszych Przyjaciół, ale Oni nie pochodzą z tego świata). Staś...mój mentor. Facet, który dobrocią w swoim sercu mógłby obdarować pół kuli ziemskiej, jeśli nie całą. On wiele mi pokazał, wiele mnie nauczył i wiele wyjaśnił. On to chrzcił mnie w imię Chrystusa. On nauczył mnie czytać najważniejszą z ksiąg w moim życiu. On założył mi na szyję klucz do wszystkiego w moim życiu. Krzyż. Zapytacie mnie zapewne dlaczego klucz? Otóż dlatego, że to nie jest zwykły Krzyż. To Krzyż w kształcie klucza. To mój Stróż i mój Przewodnik. Jedno wiem. Nigdy tego Klucza już z szyi nie zdejmę. Na zegarku już 10.00 rano. Staś wstaje z łóżka. Zazwyczaj wstaje o tej porze. Kawa już na niego czeka. Mam tę przyjemność i zaparzam tę kawę w Stasia ulubionym kubku(też jest niebieski) Teraz następuje zmiana miejsc. Dusia ustępuje Stasiowi fotel przy laptopie i siada obok mnie przy stoliku, a mój Habibi zajmuje należne mu miejsce i jak zawsze puszcza muzykę. Każdego ranka inną. Każdego ranka sensualną. On wie, że ja też lubię słuchać tego co on. Tak jest ustalone od zawsze. Codzienność? Pospolitość? Nie. Każdy poranek jest inny. Każdy jest magiczny i każdy rozpoczyna się słowami dziękczynienia za kolejny dar życia od Najwyższego. Pijemy wspólnie kawę i cieszymy się swoją obecnością. Rozmawiamy. Na różne tematy. Począwszy od najnowszych wydarzeń w Polsce czyli co tam panie w polityce, rozmawiamy o Bogu, o nas, o życiu. Czekamy na nabożeństwo w kościele Baptystów(nie zawsze udaje się dotrwać do końca). Mamy swoje codzienne sprawy. Przyziemne ale konieczne do zrobienia. Staś jak zawsze idzie do kóz aby je nakarmić. Dusia zmyka do kuchni zająć się obiadem. A ja? Ja z przyjemnością zajmuję się sprzątaniem. Nie muszę tego robić ale chcę. Chociaż tyle mogę z siebie dać moim Przyjaciołom. Zazwyczaj sprzątam mając słuchawki na uszach, a w nich płynie spokojna, czasami nostalgiczna muzyka. I teraz uwaga!
Przez słuchawki słyszę dźwięk syreny alarmowej. Przebija się przez muzykę i oznajmia, że Dusia potrzebuje pomocy. Wiem dokładnie jakiej pomocy. Odkładam sprzątanie na później, i rozkładam w sypialni łóżko do masażu. Dusia już wie, że pogotowie ratunkowe jest w pełnej gotowości. Wchodzi do sypialni i kładzie się na wspomniane wyżej łóżko. Rozgrzewam dłonie i nakładam na nie jedwabny balsam. Smaruję Dusi mocno obolałe ciało olejkiem do masażu i prosząc Najwyższego aby prowadził moje dłonie, przystępuję do zabiegu reanimacyjnego. Wiem, że jest dobrze. Dusi reakcja mówi wszystko. Zabieg trwa nieco ponad godzinę. Tyle wystarczy aby ulżyć w cierpieniu. Dusia wstaje z łóżka. Ja wychodzę z sypialni nieco zmordowany(ale to przyjemne zmęczenie). Po chwili moja Habibi wyłania się z sypialni z cudownym uśmiechem na twarzy i ubrana cała "na biało". Patrzy na mnie i...
- Treniu. Dziękuję.
Wierzcie mi, żadne pieniądze nie są warte tyle ile Dusi uśmiech i wyraz ulgi na twarzy.
- To nie mi powinnaś dziękować. To Bóg prowadził moje dłonie.
I tak jest każdego dnia. Ja opisuję tylko jedną niedzielę. Codzienność? Pospolitość? Nie! Każdy dzień jest inny. Każdy jest magiczny i każdy jest pełen miłości i Boga. Nadchodzi pora obiadu. Z pokoju nad nami schodzi Julian i Wiktoria. Syn i synowa Dusi i Stasia. Wikcia lada chwila urodzi syna. Jak ona kwitnie w błogosławionym stanie. Pyszności lądują na stole. Zasiadamy do niego i...
I tu zaczyna się prawdziwa magia. Wszystkie oczy skierowane są na mnie a z ust Dusi padają słowa:
- Treniu...pobłogosław.
Zamykam na chwilę oczy a z ust płyną słowa. Dziękuję Bogu za moich Przyjaciół, za dom, za to że mamy co jeść, za pokój w naszym kraju. Dziękujemy za to, że znów możemy wspólnie zjeść obiad, za miłość. Ja w szczególności proszę o zdrowie dla wszystkich moich najbliższych. Wszystkich bez wyjątku. Nie sposób wymienić ich imion w tym krótkim tekście.
Po modlitwie zabieramy się za jedzonko. Nie muszę chyba pisać o tym, że wszystko smakuje wybornie. Dlaczego? Dlatego, że Dusia do wszystkiego co gotuje, wkłada najcudowniejszą przyprawę na świecie - miłość. Może dlatego wszystkie nasze psy siadają nam przy nogach i czekają na swoje porcje? One wiedzą, że ludzkie jedzonko jest lepsze niż psie. I wiecie co? Każde z nas siedzących przy tym stole, daje tym psicom po trochu z własnego talerza. Cudowna harmonia. Rodzina w komplecie przy wspólnym posiłku. Po obiedzie czas na sjestę. Dusia i Staś oglądają ulubiony serial w telewizji a ja znikam w kartach książki. Znikam z nią na ganku. Stąd mam widok na piękny ogród, który jest oczkiem w głowie Dusi. Jest cudny a wiecie dlaczego? Otóż dlatego, że zrodzony w bólu. Bólu, który jest Dusi nieodłącznym towarzyszem(fibromialgia - trudne słowo). Mimo cierpienia Dusia nie odpuszcza. Stara się każdego dnia być wśrod swoich kwiatów, ziół i śpiewu ptaków. Mam wrażenie, że ogród pomaga jej przetrwać trudny każdego dnia. Zatapiam się w książce. Od czasu do czasu odrywam od niej wzrok i spoglądam na kwiaty. W tle leci delikatna muzyka jazzowa. Dusia i Staś siedzą w salonie. Julek i Wikcia odpoczywają w swoim pokoju, psice leżą koło mnie. Jest pięknie. Jest cudnie. Jest Bóg, są oni i jest życie. We wszystkich swoich odcieniach. Nie zawsze jest łatwo. Czasami płyną łzy, których się nie wstydzę. Ale oni wiedzą. Czują i widzą. Są. Są zawsze kiedy ich potrzebuję. Wszyscy których kocham.
Wieczór. Pora na sen. Dusia już w łóżku. To był dla niej intensywny dzień. Staś jeszcze ogląda mecz siatkówki. Dyskutujemy o wszystkim. Lubię te nasze wieczorne rozmowy. Szkoda, że tak szybko się kończą(kiedyś trzeba iść spać) Staś kładzie mi dłonie na głowę.
- Dobranoc Przemo.
- Dobranoc Stanisławie.
Ja jeszcze trochę czytam. Do zmęczenia wzroku. Kładę się do łóżka i dziękuję Bogu za tę cudowną niedzielę. Jutro o 5.00 nad ranem znowu zobaczę Dusię siedzącą przy laptopie, ale to już inna historia. Inna niecodzienna codzienność. Inna niepospolita pospolitość☺️☺️☺️
p.s. Dziękuję Wam wszystkim bliskim memu sercu i duszy za to, że Was mam❤️❤️❤️
Przemek Trenk



Komentarze