Powiedzcie mi. Lubicie sny? Śnicie nocami?😉😉😉
- 24 sty
- 10 minut(y) czytania
Sny. Kto ich nie ma. Większość z nas śni tylko nocami. Inni śnią sporadycznie, a jeszcze inni wcale. Ciekawe dlaczego nie śnią?
A przecież we śnie wędrujemy do innych światów, szukamy własnych marzeń, takich które wykraczają poza granice realności. Wędrujemy do pięknych krain, pełnych szczęścia i radości. We śnie szukamy spełnionej miłości, bratniej duszy, przyjaciela, kochanka. Miewamy też koszmary, po których budzimy się nad ranem zlani potem i przestraszeni. Szybko o nich zapominamy. Pamiętamy tylko te, które według nas były piękne i fascynujące. Mary i koszmary zazwyczaj chowamy w najciemniejsze zakamarki naszych umysłów, uznając że to był tylko zły sen. Ale czy aby na pewno?
Moje sny doprowadziły mnie na skraj przepaści bez dna. Sprawiły, że prawie oszalałem. Gdy doczytacie tę historię do końca, zapewne uznacie mnie za kolejnego świra, który przesadził z LSD. Będziecie mieli prawo tak przypuszczać. Bo jakkolwiek nie spojrzycie na tę historię, wszystko może wskazywać że macie rację. Choć z góry mówię, że nie stosuję żadnych używek. To właśnie sny doprowadziły mnie do tego miejsca w którym się obecnie znajduję.
Stoję nad brzegiem otchłani, do której zapewne wskoczę gdy tylko opiszę swoją historię do końca. Zrobię ten pieprzony krok naprzód a wtedy sznur na szyi zaciskając się, raz na zawsze uwolni mnie od moich koszmarów. Dwa tygodnie po śmierci Moniki, dostałem list od dawno zapomnianego przeze mnie wujka, który zaprosił mnie na swój wielki zamek. Był właścicielem olbrzymiej ilości gruntów. Pisał w liście, że wie co oznacza stracić kogoś bardzo bliskiego. Z opowieści mojej mamy, wiem że jego żona a moja ciocia zmarła w bardzo młodym wieku, bo mając zaledwie 45 lat. Od tamtego czasu bardzo się zmienił. Nie wychodził z domu, stronił od ludzi, nie otwierał nawet sąsiadom. Któregoś dnia wykupił od popadającego w nędzę szlachcica olbrzymi zamek, który powoli stawał się ruiną. Został wybudowany w miejscu gdzie wcześniej znajdował się stary cmentarz. Stąd nazwa zamku na Cmentarnej Górze. Remont trwał ponad pięć lat i pochłonął mnóstwo pieniędzy, ale to była jedyna rzecz która wyznaczała mojemu wujkowi dalszy sens istnienia. Był bardzo bogatym człowiekiem, więc mógł sobie pozwolić na zatrudnienie lokaja, pokojówki i kucharki zarazem. Ta ostatnia postradała zmysły i pewnej nocy wybiegła z zamku z krzykiem przerażenia, wymalowanym na ustach. Lokaj pracuje tam do dziś dzień i doskonale radzi sobie ze wszystkimi domowymi obowiązkami, w tym również z gotowaniem. Wujek dawał ogłoszenia do prasy, że zatrudni kucharkę, lecz nikt nie chciał przejąć posady, gdyż w całej okolicy rozniosła się wieść że ostatnia kucharka zwariowała, pracując w tym zamku. Ludzie mieszkający w okolicy, twierdzą jednogłośnie że zamek jest nawiedzony. Ilekroć spogladają w jego stronę z ich oczu spoziera strach. Pełni obaw rysują na ciele znak krzyża. Według mnie to zwykłe zabobony i ludowe przesądy. Wujek napisał w liście że pobyt na zamku ukoił jego ból po stracie żony, dlatego bez wahania przyjąłem jego zaproszenie, mając nadzieję, że i mnie uchroni od śmierci. Byłem bowiem zdecydowany odebrać sobie życie, po tym jak dostrzegłem że nie chcę żyć bez Moniki.
Podróż na Cmentarną Górę zajęła mi około tygodnia. Dziś mam przed sobą ostatni dzień drogi, więc wieczorem powinienem zajechać na wujostwa włoście, pod warunkiem, że nie pomyliłem drogi. Gdy wyjechałem z mrocznie wyglądającego gęstego lasu, który prowadził mnie przez ostatnie dwa dni, moim oczom ukazała się bardzo rozległa równina, a gdzieś w oddali ledwie majaczył kształt samotnego wzgórza spowitego we mgle. Otaczający mnie krajobraz odpowiadał opisowi Cmentarnej Góry. Problem stanowił fakt, że za cholerę nie mogłem odnaleźć zamku. Z listu wujka wynikało, że jest to olbrzymich rozmiarów budowla. W miarę jak mój powóz parł naprzód ciągnięty przez dwa konie, tym większe narastały w sercu wątpliwości. Późnym popołudniem, u podnóża wzniesienia ujrzałem kilka tonących we mgle małych domków oraz górującą nad nimi wieżę kościelną, wraz z dzwonnicą. Lecz nadal nie widziałem zamku. Wieczorem dotarłem do wsi, która na pierwszy rzut oka wydawała się być wsią opuszczoną. Wszyscy jej mieszkańcy przebywali w swych domach, nikogo nie ujrzałem na zewnątrz, nikt też nie odpowiedział na moje pukanie do drzwi, więc zmuszony byłem opuścić to tajemnicze miejsce. Jechałem drogą w górę wzniesienia, aż w pewnym momencie to co ujrzałem, zaparło mi dech w piersiach. Jakby w jednej sekundzie opadła kurtyna mgły i moim oczom ukazał się majestatyczny i posępny zamek na Cmentarnej Górze.
Mój powóz zajechał na brukowany dziedziniec, gdzie już oczekiwał mnie mój wujek wraz z lokajem. Weszliśmy do środka, zamek był wprost przepiękny. Wysokie, łukowate sklepienie mogło przyprawiać o zawrót głowy. Na ścianach wisiały oprawione w złote ramy, oświetlone blaskiem świec obrazy. Niektóre z nich przedstawiały oblicza dawnych panów tego zamczyska i ich damy serca, na innych widniały sceny polowań, w jakich przed laty owi panowie brali udział, jeszcze inne przedstawiały piękne krajobrazy, z których niektóre ukazywały okolice Cmentarnej Góry. Pomiędzy płótnami na ścianach wisiała spora kolekcja najróżniejszej broni, miecze pięknie zdobione, włócznie, topory i śmiercionośne kusze. Przy drzwiach niczym rycerze strzegący wejścia stały dwie trzymające w rękach halabardy zbroje.
Zjedliśmy z wujkiem przygotowaną przez lokaja Bożydara wieczerzę, po czym udaliśmy się do swych pokoi na spoczynek. Sypialnia, którą otrzymałem do dyspozycji prezentowała się imponująco. Przestronna z iście królewskim łożem, spory regał z wieloma ciekawymi i bardzo starymi woluminami i przepiękny obraz wiszący nad łożem. Z okna roztaczał się wprost bajeczny widok na położoną u stóp Cmentarnej Góry wieś i rozciągający się za nią las. Ułożyłem się wygodnie, zgasiłem świece i po chwili zapadłem w sen. Sen bardzo niespokojny, budzący jakże bolesne dla mnie wspomnienia. Wstałem z łóżka i skierowałem się w stronę drzwi prowadzących do małego pomieszczenia znajdującego się obok mojej sypialni. Nacisnąłem klamkę i pchnąłem je. W rogu pokoju ujrzałem tajemniczą, białą poświatę. Nie odczuwałem strachu, nie odczuwałem żadnych emocji. Podszedłem bliżej i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że owa poświata to Monika. Wydawała się trzymać coś w rękach, coś od czego biło jasne światło, coś nieznanego a jednocześnie bardzo mi bliskiego. Teraz mogłem przyjrzeć się jej twarzy. Cóż to był za okropny widok. Za życia była kobietą wprost cudownie piękną, teraz jej twarz była zdeformowana, iście diabelska, wykrzywiona w szyderczym uśmiechu. Chciałem jak najszybciej uciec do swej sypialni, lecz jakaś tajemnicza siła nie pozwalała mi wykonać najmniejszego ruchu. Chciałem krzyknąć, lecz z mojego gardła wydobył się jedynie cichy jęk. Nie mogłem nic zrobić, tylko stałem i wpatrywałem się w tą przerażającą poświatę. Koszmar senny na chwilę minął. Obudziłem się roztrzęsiony i zlany zimnym potem. Bogu nich będą dzięki, że to był tylko sen. Jednak coś nie dawało mi spokoju, nie pozwalało mi ponownie zasnąć. Dopiero po chwili, gdy już całkowicie się przebudziłem, zorientowałem się, że słyszę jakieś dziwne odgłosy w pokoju obok.
Powoli wstałem z łóżka i skierowałem się w stronę zamkniętych drzwi. Dokładnie tak samo jak we śnie. Niepokoiły mnie te odgłosy, wiedziałem, że pokój jest pusty. Sypialnia mojego wujka znajduje się piętro niżej, Bożydar mieszka w całkiem innej części zamku a nikogo więcej tu nie ma. Co więc sprawia że słyszę czyjeś kroki w pokoju obok, w dodatku wyraźnie wyczuwam czyjąś obecność? Wiedziałem, że ktoś tam jest. Byłem przerażony, ręce mi się trzęsły lecz mimo to postanowiłem wejść do tego pokoju. Gdy otworzyłem drzwi wszelkie hałasy umilkły. Rozejrzałem się po całym pomieszczeniu. Było puste, nikogo tam nie było, jednak coś przykuło mą uwagę, a mianowicie stojący w rogu pokoju fotel bujany, który ewidentnie się kołysał. Pospiesznie wróciłem do swej sypialni, położyłem się do łóżka i trawiony bólem wspomnień obudzonych przez nocny koszmar zapadłem z sen.
Rano, po przebudzeniu uznałem, iż wszystkie nocne przeżycia to tylko wytwór sennej fantazji. Po śniadaniu wujek oprowadził mnie po zamku. Zwiedzanie zajęło nam kilka godzin, ale na zobaczenie wszystkiego potrzeba kilku dni, ponieważ budowla jest sporych rozmiarów i roi się w niej od różnego rodzaju zakamarków. Przechadzaliśmy się tak aż do obiadu. Po posiłku wujek przeprosił mnie i mówiąc, że jego stan zdrowia nie jest już taki, jak za młodu udał się do swego pokoju, aby odpocząć. Ja uczyniłem to samo, poszedłem do swej sypialni, ze sporej kolekcji woluminów, które się tam znajdowały wybrałem jeden, wydający się być wielce ciekawym utworem, usiadłem na krześle i pogrążyłem się w lekturze. Nagle w pokoju obok usłyszałem jakieś hałasy, podobne do tych, jakie słyszałem zeszłej nocy we śnie. Odłożyłem książkę i podszedłem do drzwi. Teraz już byłem pewien, ktoś był w pokoju. I wtedy uświadomiłem sobie, że to na pewno Bożydar, więc otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Zamiast lokaja była tam Monika. Stała przy oknie i trzymając coś na rękach patrzyła na mnie wzrokiem pełnym bólu i tęsknoty. Stała przede mną, widziałem ją wyraźnie, a przecież to niemożliwe, jej przecież nie ma wśród żywych. Podszedłem bliżej, wyglądała wprost przepięknie, dokładnie tak, jak za życia. Nie odczuwałem strachu, wręcz przeciwnie, zapragnąłem aby zabrała mnie za sobą, jedyne czego chciałem to być przy niej, nawet w zaświatach. Nagle ukochana ma zaczęła powoli zanikać, rozpływać się w powietrzu i po kilku chwilach zostałem sam.
Gdy otworzyłem oczy zorientowałem się, że leżę w łóżku. A więc to wszystko to tylko sen, kolejny budzący bolesne wspomnienia sen. Aczkolwiek nie przypominam sobie, abym kładł się do łóżka. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale ponoć gdy bardzo nam kogoś brakuje, gdy bardzo za kimś tęsknimy, miewamy omamy, widzimy tę osobę, choć w rzeczywistości jest ona gdzieś daleko, w odległym miejscu lub odległym, innym świecie. Świecie zmarłych.
Zapadł już zmierzch. Zszedłem na dół do jadalni, gdzie wujek i Bożydar spożywali kolację. Nie zawołali mnie wcześniej, ponieważ zauważyli ze śpię. Zasiadłem do stołu i zacząłem rozmawiać z wujkiem i jego lokajem na wszelakie tematy, aby choć na chwilę zapomnieć o Monice i ukoić trawiący mnie ból tęsknoty. Niestety bezskutecznie, cały czas widziałem ją oczyma wyobraźni. Nagle usłyszałem cichy szept. Miałem wrażenie, że ktoś szepcze coś wprost do mego ucha. Siedziałem niczym w transie, nie mogłem rozróżnić słów, ale bardzo dobrze znałem ten głos. Delikatny i poetycki. Nie mogłem się pomylić, to głos Moniki. Niczym oparzony zerwałem się z krzesła, rozglądałem się po całym pomieszczeniu lecz prócz mnie, wujka i lokaja nie było tam nikogo, a ja wciąż słyszałem cichy szept.
Zacząłem krzyczeć, wołać ją i prosić, aby zabrała mnie ze sobą. Upadłem na kolana a po mej twarzy spłynęły łzy. Moi towarzysze zabrali mnie czym prędzej do mojego pokoju i położyli do łóżka, gdzie po chwili zapadłem w sen. Szepty nie ustały. Na początku ciche, delikatne, teraz głośne, otaczające mnie ze wszystkich stron, szydercze i bluźniercze. Ponownie moim oczom ukazała się postać Moniki, stała tuż przede mną, w białej, poszarpanej sukni, trzymając na rękach ociekające krwią, małe zawiniątko. Jej twarz nie była już tak piękna, jak za życia, jak w ostatnim śnie. Znowu demoniczna ze spływającymi po niej krwawymi łzami. Zbliżyła się do mnie, a krew z owego zawiniątka kapała na pościel. Nagle gdzieś w oddali usłyszałem cichy płacz, spojrzałem w tamtą stronę i to co ujrzałem wprawiło mnie w przerażenie. Zobaczyłem Monikę, która siedziała skulona i trzymała na rękach jakiś przedmiot, od którego emanowała blada poświata. To jej płacz słyszałem. Boże dopomóż, niechaj ten sen już odejdzie! Z jednej strony ukochana moja, taka jaką była za życia, a z drugiej demoniczny potwór i wirujące, nieme wrzaski. Wtedy jakaś siła zaczęła mną szarpać i miotać po całym łóżku. Próbowałem z nią walczyć, stawiać opór lecz to wszystko na nic, nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu. I nagle wszystkie senne koszmary odeszły, a ja ujrzałem stojących nade mną wujka i Bożydara, którzy wyrwali mnie z tego okropnego snu. Teraz już sam nie wiem czy aby na pewno był to sen, ponieważ cała pościel na mym łóżku splamiona była krwią. A może to tylko przywidzenia, może widzę tą krew jedynie oczami wyobraźni. A może nadal śnię?
Następnego ranka wujek wypytywał mnie o wydarzenia, które miały miejsce zeszłej nocy. Nie potrafiłem udzielić mu żadnej sensownej odpowiedzi, a w moim umyśle roiło się od wielu niemych pytań. Co się wczoraj wydarzyło? Jak to racjonalnie wyjaśnić ? Koszmarny sen po którym pozostaje krew. Przez chwilę obawiałem się, że postradałem zmysły, że mogłem przez sen zrobić komuś krzywdę i stąd ta splamiona krwią pościel, lecz na szczęście wujek odgonił te myśli ode mnie. Zaraz po śniadaniu wróciłem do łóżka, nie czułem się dobrze tak fizycznie jak i psychicznie. Do popołudnia leżałem w gorączce, nie zszedłem na obiad, nie przełknąłbym niczego. Zapadłem w sen. Kolejny przerażający koszmar. Nie wiem jak długo jeszcze wytrzymam, te sny doprowadzają mnie do szaleństwa.
Nie będę Wam opowiadał każdego z mych snów, nie mam już siły, aby jeszcze raz do tego wracać. Ale jeden z nich był tak tajemniczy, że muszę go opowiedzieć. Po kilku dniach poczułem się już lepiej. Oczywiście cierpiałem potworne, psychiczne katusze, lecz fizycznie powróciłem do zdrowia. Pewnego popołudnia udałem się na spacer do ogrodu mieszczącego się przy południowej ścianie zamku. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie fakt, iż po powrocie do mojego pokoju i położyłem się do łóżka aby chwilę odpocząć. Zapadłem w sen, w którym zawędrowałem właśnie do zamkowego ogrodu. Wiem, że to czysty przypadek, ale już tego, co stało się później przypadkiem nazwać nie można. Gdy wędrowałem po ogrodzie, kilkanaście metrów przede mną ujrzałem jakąś postać. Podszedłem bliżej i rozpoznałem w niej Monikę. Ubrana była w białą suknię, dokładnie taką samą, jaką miała na sobie, w dniu naszego ślubu. Wyglądała wprost cudownie, tak, jak za życia. Wtedy zauważyłem, że znowu trzyma coś na rękach. Zbliżyła się do mnie i w tym momencie dopiero zdałem sobie sprawę, co to jest, choć słowo "to"jest wielce nie na miejscu, albowiem trzymała owinięte w białą, jedwabną szatę małe dziecko. Nagle poczułem na twarzy jej oddech i usłyszałem delikatny szept: „oto jest syn Twój.
Obudziłem się przerażony, z krzykiem i łzami w oczach. Lecz w prawdziwe przerażenie wpadłem, gdy zorientowałem się, gdzie się znajduję. Jak się okazało leżałem na ziemi w zamkowym ogrodzie a tuż obok mnie leżała biała, jedwabna szata, cała we krwi. Gdzieś w oddali, na skraju znajdującego się kilkadziesiąt metrów od zamku lasu, ujrzałem jakąś postać. Zerwałem się i co sił pognałem w tamtą stronę i już po chwili wiedziałem, że ta postać to nie kto inny, tylko moja ukochana. Zaczęła się oddalać i zagłębiać w las, tak że po kilku chwilach zniknęła mi z oczu. Niestrudzenie biegłem dalej. Po kilku chwilach usłyszałem jakieś dziwne odgłosy, coś jakby chóralne śpiewy którym towarzyszyły rytmiczne uderzenia w bębny a między drzewami dostrzegłem migocące płomienie latarni lub pochodni. Wtedy, potknąwszy się upadłem i pod wpływem uderzenia o kamień straciłem przytomność.
Obudziłem się w mojej sypialni. Teraz już naprawdę nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nie wiedziałem co jest snem a co jawą. Podszedłem do okna. To co ujrzałem wprawiło mnie w przerażenie. Jak się pewnie domyślacie, w porastającym Cmentarną Górę lesie zobaczyłem delikatny blask światła. Jak najszybciej wybiegłem z zamku, wkroczyłem w czerń nocy i skierowałem się do lasu. Wszystko było tak, jak we śnie. Po kilku chwilach usłyszałem te tajemnicze głosy i ujrzałem światła. Podszedłem bliżej i moim oczom ukazało się kilka, może kilkanaście postaci, stojących w kręgu, z kagankami w rękach. Postacie owe śpiewały monotonne pieśni a wtórowało im rytmiczne bicie bębnów, lecz nie widziałem nikogo, kto trzymałby w ręku jakikolwiek instrument. Skąd więc te dźwięki? Pomiędzy ubranymi w białe płaszcze postaciami, ujrzałem kamienny ołtarz, na którym leżało dziecko. To samo, które pokazała mi we śnie Monika. Teraz już nie wiem, czy był to tylko sen. A może ona też tam była, stała nad ołtarzem trzymając w uniesionych rękach srebrny sztylet. Spojrzała na mnie i w jednej chwili z przepięknej kobiety zamieniła się w przerażającego demona i zadała bezbronnemu dziecku śmiercionośny cios prosto w serce.
Poczułem okropny ból, tak jak gdyby ten sztylet wbito we mnie. W spazmach bólu osunąłem się na ziemię. Zorientowałem się, że cały jestem splamiony krwią po czym straciłem przytomność.
Gdy otworzyłem oczy nadal leżałem w lesie, obok kamiennego ołtarza, na którym spostrzegłem zakrwawione zwłoki małego dziecka. Ja również cały byłem we krwi. Jak najszybciej wróciłem do zamku,. Wiedziałem już, co muszę zrobić, aby uwolnić się od tego koszmaru. To wszystko, co się wydarzyło było tak bardzo realne, lecz ciągle mam nadzieję, iż były to tylko sny i Monika po swej przedwczesnej śmierci zaznała wiecznego spokoju. Stanąłem przy schodach, jeden koniec znalezionej uprzednio liny przywiązałem do marmurowej balustrady, z drugiego natomiast związałem pętlę, którą nałożyłem sobie na szyję. Od kamiennej podłogi poniżej dzielą mnie cztery metry. To wystarczy. Dziękuję że zechcieliście poczytać moją historię. Historię o snach które nimi jednak nie były.
Przemysław Trenk



Komentarze