top of page

Miętówka o smaku dziegciu

  • 17 paź 2025
  • 15 minut(y) czytania

Każda moja we mnie samotność, jest odrębną historią, którą opowiadam ptakom śpiącym na jabłoni pod moim oknem. Przechadzam się wsród zdartych przez wiatr uśmiechów ludzi bezdomnych. Siadam na ławce spod której wynurza się wyleniały kot i jego pijany właściciel.


- Poratuje pan zbłąkaną duszę?


Przyglądam się mu obojętnym wzrokiem. Większą ciekawość wzbudza we mnie wyleniały kot, który wskakuje mi na kolana. Spoglądam na pijaka.


- A czym mam cię poratować biedny człowieku?


Pijak spojrzał głęboko w moje oczy.


- Pewnie myślisz człowieku, że chcę od ciebie pieniędzy? Chcesz miętówkę?


Pijak sięgnął do kieszeni i wyjął z niej cukierka miętowego. Tak naprawdę do dzisiaj mięta kojarzy mi się tylko z rzyganiem, pozycją embrionalną w moim łóżku, splątaną brodą i poplątanymi włosami. Pijak wręczył mi miętówkę i poprosił bym włożył ją do ust, co uczyniłem niechętnie. W moich ustach rozszedł się ostry, miętowy smak zmieszany z nutką dziegciu. Już miałem ją wypluć gdy kot położył mi swoją łapkę na ustach.


- Dobra? - spytał pijak.


- Dlaczego ten cukierek jest jednocześnie miętowy i gorzki?


- Widzisz dobry człowieku, życie jest właśnie takie jak ta miętówka.


- Co masz na myśli?


- Zanim odpowiem na twoje pytanie dobry człowieku, zapytam cię jeszcze raz. Poratujesz mnie?


Sięgnąłem do tylnej kieszeni po porfel ale pijak zdążył zauważyć mój ruch i rzekł:


- Nie chcę twoich pieniędzy dobry człowieku.


- Zatem czego chcesz? -spytałem.


- Chcę abyś poświęcił mi kilka chwil i wysłuchał mojej opowieści.


-Tylko tyle?


- Tak.


Pijak wyjął z jednej kieszeni kolejną miętówkę i włożył ją sobie do ust. Z drugiej kieszeni wyjął kilka kocich chrupek i dał kotu, który zdąrzył wygodnie umościć się na moich kolanach.


- Czy jesteś gotowy mnie wysłuchać? - spytał pijak.


Spojrzałem mu prosto w jego zmęczone i podkrążone oczy i odpowiedziałem.


- Tak. Jestem gotowy.


Pijak usiadł na ławce, zaplótł dłonie na piersi i zaczął swoją opowieść.


- A więc zanim przejdę do mojej opowieści muszę powiedzieć tobie, że z początku może się tobie wydawać, że opowieść moja przypomina grzebanie w śmietniku albo szukanie dziury w zardzewiałym płocie, którą można by się wydostać, kalecząc przy tym twarz, plecy i ręce. Zawsze możesz kazać mi się wynosić i rzucić mną jak rzuca się kamieniem w uliczne latarnie. Ale postaraj się mnie wysłuchać do końca.  A być może dowiesz się, że ziemia jako planeta i ta na której obecnie stoimy wcale nie jest tym czym się wydaje. Być może to grzechotka w rękach Boga, a jego dla nas miłosoerdzie musi musować jak piana w kuflu piwa, mierzona na dwa palce.


Oparłem się wygodnie na oparciu ławki i pomyślałem: całkiem nieźle zaczął. Zobaczę jak rozwinie się opowieść. Pijak zapalił niedopałek papierosa, zaciągnął się głęboko dymem i kontynuował swoją opowieść.


- Światło... - zamilkł na chwilę.


- Dzisiaj w nocy na firmamencie nieba spoczywała nade mną gwiazda. Była potłuczona, posiniaczona i zmęczona swoim istnieniem. Powiedziała mi, że najpiękniejsza śmierć gwiazdy to taka aiedy jej serce pęka w poprzek matki galaktyki. Wstałem wówczas spod tej ławki na której teraz siedzimy i spojrzałem przed siebie. Z szpary chodnika wstała ciemna postać a jej cień pocieszał samotne i płaczące latarnie. Cień ów podszedł do mnie i powiedział mi, że wcale nie muszę uciekać, że mogę schować się sam w sobie i pod językiem trzymać modlitwę do umierającej gwiazdy. To taka cudownie przyjemna kraina, gdzie współczucie, miłość a jednocześnie rozpacz i ból wcale nie wymagają skupienia. Zacząłem się zastanawiać czy to wszystko o czym chcę zapomnieć, mogę usypać w kurhany i czekać na porywisty wiatr. Ów cień zanim odszedł powiedział mi na odchodne:


- Zagubiony człowieku. Pod twoim językiem zostawiam tylko ciężar obrócony w nów, księżyc pocący się miodem, kwitnienie naczynek krwionośnych oraz pokutę za jabłko zerwane w Edenie. Cień rozpłynął się w powietrzu i wtedy zjawił się ten wyleniły kot. Kot który zaczął się łasić i nagle przemówił ludzkim głosem.


- Witaj zagubiona duszo.


Usiadłem na ławkę a kot wskoczył mi na kolana. Usadowił się w wygodnej dla siebie pozycji a ja będąc w głębokim szoku, zapytałem.


- Ty mówisz językiem ludzi?


Kot przeciągnął się i odpowiedział.


- Tak. Mówię waszym językiem i to jest moje przekleństwo. Zaskoczony?


Zbliżyłem dłoń do jego grzbietu aby go pogłaskać. Szczęka mi opadła z wrażenia. Musiałem wyglądać śmiesznie. Nie dość, że niechlujny, niewyspany to jeszcze z rozdziawioną gębą. Niczym młode pisklę dopominające się jedzenia. Kot pozwolił się pogłaskać i spytał.


- Zagubiony człowieku. Masz w swoim życiu bratnią duszę?


Pytanie mocno mnie zaskoczyło. Zastanawiałem się przez chwilę co mam odpowiedzieć kotu. Po chwili odrzekłem.


- Miałem kiedyś kobietę, która była dla mnie wszystkim. Była całym moim światem. Kochałem ją szczerze. Kochałem jej zapach, smak, ciało a przede wszystkim duszę i serce. Byliśmy nierozłączni. Któregoś dnia wyszła po zakupy i już nie wróciła. Pijany kierowca potrącił ją na przejściu dla pieszych.Zginęła na miejscu. Mój świat runął... - urwałem w pół zdania i spojrzałem w dal. Kot wyczuł mój smutek i spojrzał mi w oczy.


- Przykro mi. To dlatego zacząłeś pić? - spytał.


- Tak. Chciałem ukoić swój smutek, żal i  złość. Chciałem...


- Nic już nie mów - kot położył mi łapkę na ustach. Nagle świat dookoła zaczął wirować. Wszystko zniknęło a ja wraz z kotem siedzieliśmy pod drzewem Ginko na pięknej polanie.


- Co się stało? Gdzie jesteśmy? - spytałem przerażony.


- Spokojnie. Oddychaj. Przeniosłem cię w bardziej ustronne miejsce. Chyba nie chcesz aby przechodnie uznali cię za kompletnego wariata, który rozmawia z wyleniałym kotem? Wystarczy, że wiedzą o tobie tyle, że jesteś pijakiem.


Rozejrzałem się dookoła. Polana była piękna i pełna cudnych i przeróżnych kwiatów. Oprócz nas siedzących na ławce pod drzewem Ginko, nie było nikogo. Słońce przyjemnie ogrzewało nasze ciała. Czułem, że wszystkie moje zmartwienia i problemy znikają. Moje wnętrze wypełniał błogi spokój. Kot usiadł obok mnie i spytał.


- Chciałbyś mnie przygarnąć?


Spojrzałem kotu w jego głębokie i zielone oczy.


- A ty chciałbyś mieć pijaka za opiekuna?


- Miałem gorszych.


- Miałeś wcześniej opiekunów? - spytałem z niedowierzaniem.


- Ty jesteś setny. - odpowiedział kot.


- Setny? Czy to znaczy, że...


- Tak. To właśnie to znaczy. - odpowiedział kot, ziewając.


- To w takim razie chcę być twoim opiekunem. Przyznam, że pierwszy raz widzę kota, który mówi ludzkim głosem. Wciąż myślę, że to jeden z moich pijackich snów.


Kot stanął na dwóch tylnych łapkach I mocno podrapał mnie w policzek, z którego natychmiast pociekła krew.


- Aaaaa! Za co mnie podrapałeś? - przyłożyłem dłoń do płonącego bólem policzka.


- Boli?


- Jak cholera!


- Zatem to jak widzisz i czujesz,  nie jest twoim kolejnym pijackim snem.


Kot położył łapkę na zadrapaniu a ono natychmiast zniknęło. Zniknął też piekący ból. Kot zeskoczył na ziemię.


- Przejdziemy się? - spytał.


- Dobrze, ale zanim pójdziemy powiedz jak to zrobiłeś? Po zadrapaniu nie ma śladu.


- Jeszcze niejednym cię zaskoczę. Idziemy?


Wstałem z ławki i  ruszyłem za kotem. Przez dłuższy czas szliśmy w milczeniu. Przed nami rozciągał się cudownie piękny dywan kwiatów. Chłonąłem ten widok wszystkimi zmysłami. Nagle kot zatrzymał się i odwrócił się w moją stronę.


- Za chwilę znajdziemy się w innym miejscu. Tylko nie panikuj.


Po chwili ogarnęła nas mgła i znaleźliśmy się w pomieszczeniu, które przypominało piwnicę albo bunkier. Było ciemno, zimno i śmierdziało stęchlizną.


- Gdzie jesteśmy? - spytałem niepewnie.


Kot nie odpowiedział, tylko szedł przede mną. Ja szedłem za nim. Przed nami ukazały się drzwi. Były masywne, zrobione z kutego żelaza i lekko uchylone. Kot stanął przy nich i odwrócił się w moją stronę.


- Zapraszam. Chodź ze mną. Chyba, że się boisz. Ostrzegam, że to co za chwilę zobaczysz może cię zszokować. Gotów?


Spojrzałem na kota. Miałem sprzeczne uczucia. Z jednej strony bałem się iść za kotem a z drugiej strony chciałem się dowiedzieć co kryje się za tymi drzwiami. Po chwili namysłu podjąłem decyzję.


- Idę z tobą. Niech się dzieje wola nieba.


Otworzyłem szerzej ciężkie drzwi i wszedłem za kotem w głąb pomieszczenia. Było oświetlone, ale nigdzie nie znalazłem źródła światła. Ono jakby istniało samo w sobie. Nie było też w tym pomieszczeniu zimno i nie śmierdziało stęchlizną. Zapach wewnątrz pomieszczenia przypominał zapach ozonu, jakby świeżo po burzy. Na środku stało stare, drewniane krzesło. Wyglądało jakby miało się za chwilę obrócić w pył. Kot odwrócił się do mnie.


- Usiądź proszę na tym krześle. - powiedział.


- Usiąść na tym krześle? Przecież ono nie wytrzyma pode mną. - odpowiedziałem.


- Nie wszystko jest tym czym się wydaje. Usiądź proszę. Możesz mi wierzyć. To krzesło niejedno już wytrzymało.


Usiadłem na krześle niepewnie ale okazało się, że krzesło jest bardzo stabilne i solidnie wykonane.


- Co teraz? -spytałem.


- Zamknij oczy i odpręż się. - powiedział kot i  wskoczył mi na kolana. Zamknąłem oczy i powoli uspokoiłem oddech. Nagle przed oczami zaczęły mi się pojawiać dziwne obrazy i kontury postaci. Wśród tych konturów rozpoznałem swoją żonę.


- Czy to moja... - urwałem.


- Tak. To twoja żona. - odpowiedział kot.


Kontury mojej żony wyostrzyły się i Monika stała się bardzo realna, choć spowita była w delikatną mgłę. Zabrakło mi oddechu. Chciałem wstać i podejść do niej ale kot stanowczo mi to odradził.


- Nie wolno tobie do niej podejść ani jej dotknąć. Możesz z nią porozmawiać. Pozwól jej do siebie podejść.


Byłem w ogromnym szoku. Serce waliło mi jak młot a ciśnienie krwi zapewne podskoczyło do niewyobrażalnej skali. Monika podeszła do mnie i stanęła tuż przede mną. Mgła która ją otaczała nagle się rozwiała. Monika patrzyła na mnie jak jeszcze nigdy. Moje oczy natychmiast stały się wilgotne.


- Monika...to naprawdę ty? - spytałem drżącym głosem.


- Tak. To ja Marku - odpowiedziała.


- Ale jak? Jakim cudem? To mi się tylko śni prawda?


- Nie. To nie sen. Jestem tu naprawdę i tylko na chwilę. Musiałam się z tobą zobaczyć.


- Monika...ja... - urwałem.


- Wiem. Ja też.


Otarłem łzy i przełknąłem ciężki kamień, który utkwił mi w gardle.


- Tyle chciałbym tobie powiedzieć.


Monika spojrzała jeszcze głębiej w moje oczy.


- Musisz się z tym pogodzić Marku. Musisz pozwolić mi odejść. Proszę, odłóż mnie na później. Na nasze spotkanie po tej stronie gdzie obecnie jestem. Nie chcę być mdłą hostią, którą przełamujesz drętwym od tej przeklętej wódy językiem. Pamiętasz? Zawsze mówiłam, że nie chcę skończyć jako otyła staruszka, która codziennie dźwiga siatki pełne swoich urojeń. Siatki pełne szarej codzienności. A ty? Ty codziennie jesteś naiwny wierząc, że ucieczka od rzeczywistości już bez mojej w niej obecności, ucieczka od smutku i rozpaczy w alkohol, pomoże się tobie z tym wszystkim uporać? Spróbuj polukrować wskazówki swojego zegara. Twoja godzina jeszcze nie nadeszła, chociaż knot twojej świeczki jest coraz krótszy a płomień  robi się coraz bledszy. Rozumiesz o czym mówię?


- Rozumiem. Tak bardzo chciałbym pozwolić tobie odejść i czekać na spotkanie z tobą po drugiej stronie. Jak tam jest?


- Gdy przyjdzie twój czas, to sam się dowiesz. Dzisiaj mogę tobie przynieść wróżby wilgotne od moich łez.


- Czy Sąd Ostateczny boli? Z czym stanę przed Bogiem? - spytałem.


- Sąd Ostateczny? Jest listem do Boga w którym prosisz o wybaczenie i zamykając go w butelce puszczasz w morze przy pierwszym odpływie. Nie bój się. Twoje prośby udźwigną kadzidła dymiące nad twoją trumną.



Słuchałem tego pijaczka w skupieniu ale nagle zaczęło mi się wydawać, że on najzwyczajniej bredzi albo konfabuluje. Postanowiłem przerwać jego opowieść.


- Stary? Czy ty przypadkiem nie zmyślasz? Twoja opowieść brzmi jak jedno z opowiadań Haruki Murakamiego.


Pijaczek odchrząknął i spojrzał na mnie zdziwiony.


- Znasz Murakamiego? - spytał.


- Oczywiście,  że znam. Przeczytałem wszystkie jego książki.


- Ja też. Kiedyś bardzo dużo czytałem. Miałem kompletnego fioła na punkcie literatury. Książki pochłaniałem w niewyobrażalnej ilości dopóki...- pijaczek urwał zdanie i spojrzał przed siebie.


- Wiem, że moja opowieść brzmi niewiarygodnie ale to zdarzyło się naprawdę. Chcesz posłuchać dalej?


Pomyślałem, że skoro tyle już wysłuchałem, pozwolę mu kontynuować opowieść.


- Skoro to wszystko prawda to mów dalej.


Pijaczek spojrzał na mnie z wyrazem ulgi na twarzy.


- Dziękuję.


W chwili gdy Monika opowiedziała mi nieco poetycko o Sądzie Ostatecznym i mojej dogasającej świecy, wszedłem jej w zdanie i powiedziałem.


- Moniko! Widziałem cię wczoraj w nocy w moim śnie. Siedziałaś na jednym z naszych regałów z książkami i szukałaś Bukowskiego "Noc waniliowych myszy". Księżyc mocno oświetlał twoją twarz i zdawało mi się, że dzięki jego światłu znalazłaś szukaną książkę. Twój cień przechylił się lekko w przyszłość. Chciałaś pomilczeć ze mną o końcu świata. Tego świata. Stwierdziłaś, że musimy uciec, że nie wystarczy w nim miejsca dla nas. W oczach miałaś smutek. Ten smutek, który odtwarzasz czasami na gramofonie kładąc na nim longplay Armstronga "What a wonderful world". Jeszcze do niedawna patrzyliśmy wspólnie w nasze wspólne niebo a dziś ono rani moje stopy. Byłem wczoraj na twoim grobie. Chciałem napisać dla ciebie wiersz ale zapomniałem ołówka.


- Marku...zawsze byliśmy, jesteśmy i będziemy kimś na wczoraj. Od dnia narodzin aż do śmierci stoimy w kolejce po ósmy dzień tygodnia. Ty uciekasz od życia przez prześwietloną kliszę. Wciąż szukasz innego zakończenia naszego życia i wciąż znajdujesz w swoich kieszeniach wymięte scenariusze, których nawet ty sam nie potrafisz odczytać.


- Ale moja za tobą tęskota...


- Twoja tęsknota Marku jest niczym spławik szarpany ostrym wiatrem. Już myślisz, że masz rybę na haczyku ale to tylko oszust wiatr posyła twój spławik pod wodę.


- Moniko...czuję się jakby mnie ktoś zamknął w ciemnym i zimnym zamkowym lochu. Zewsząd otacza mnie mrok. Chcę się z niego wydostać ale...


- Marku... Nie ma żadnego zamku. Nie ma żadnego lochu. Dookoła ciebie jest tylko fosa pełna twojego gniewu, niemocy i żalu. Będziesz cierpiał tak długo dopóki nie pozwolisz mi odejść i pogodzisz się z tym co się stało. Twój most zwodzony wypadł z zawiasów. Musisz go naprawić i pełen oczekiwania i nadziei na nasze powtórne spotkanie, przejść po nim. Spójrz proszę na swój medalik który tobie podarowałam. Co widzisz?


- Widzę medalik. Tylko medalik - odpowiedziałem.


- Zamknij oczy i spójrz oczami duszy.


Zamknąłem oczy. Wciąż widziałem tylko medalik. Nagle wewnątrz niego ujrzałem...


- To niemożliwe! Ale jak to? Skąd? - spytałem oszołomiony.


- Co widziałeś? - spytała Monika.


- Dziurkę od klucza. Ta dziurka zdawała się świecić - odpowiedziałem oszołomiony.


- Klucz pasujący do tej dziurki masz ty. Przekręć go, wrzuć do środka gniew, smutek i żal a potem zamknij i nigdy nie otwieraj.


- Jak mam to zrobić?


- Uczyń bliższym wszystkie wspomnienia w których byliśmy szczęśliwi. Karm się nimi codziennie bez żalu i gniewu. A gdy przyjdzie czas, spotkamy się po drugiej stronie. A teraz żegnaj. Muszę już iść. Kot pomoże tobie wrócić na ławkę. Do zobaczenia kochany.


Monika pomachała mi na pożegnanie I rozpłynęła się we mgle. Poczułem łzy na policzku. Chciałem ją zatrzymać jeszcze na chwilę. Chciałem jej dotknąć, przytulić lecz kot wyczuł moje pragnienia i rzekł.


- Pora wracać. Za chwilę zamkną się drzwi i zostaniesz tu na zawsze. A tego chyba byś nie chciał jak mniemam?


- W dalszym ciągu myślę, że śnię. Ona była tak blisko, tak bardzo chciałem jej dotknąć. To nie działo się w czasie rzeczywistym. To kolejny mój pijacki sen a ty wcale nie mówisz ludzkim głosem - powiedziałem do kota i silnie potrząsnąłem głową.


- Czy mam cię znów podrapać po twarzy abyś uwierzył? - spytał kot.


- Nie! Ale dlaczego mnie tu przywiodłeś I skąd się wziąłeś?


- Jak na tak krótką z tobą znajomość stanowczo stwierdzam, że zadajesz za dużo pytań. Wracamy. Już pora - odpowiedział kot i po chwili znaleźliśmy się na ławce pod moim blokiem.


- I co teraz? - spytałem kota.


- Teraz? Teraz zostawię cię samego z tym co widziałeś i co usłyszałeś. Od ciebie zależy co z tym zrobisz. Jeśli pozwolisz, przybiorę swoją kocią naturę, przestanę używać waszej mowy i ubiorę moją wyleniałą kocią powłokę. O tym, że potrafię rozmawiać w waszym języku, wiesz tylko ty i niech tak zostanie. Będę tobie towarzyszył, będąc kilka kroków za tobą. Gdy już będziesz wiedział co zrobić z tym co cię dzisiaj spotkało, znów stanę się bardziej ludzki. A teraz wybacz.


Kot wygiął grzbiet, wydał z siebie ciche miau i schował się pod ławką.


Siedziałem na tej ławce z głową pełną myśli i wciąż niewierzący, że to co mnie spotkało, naprawdę się wydarzyło.



Pijaczek spojrzał na swoje zniszczone buty a ja czułem coraz bardziej wyrazisty smak dziegciu w ustach. Posmak miętówki był ledwo wyczuwalny. Chciałem ją wypluć ale coś mnie powstrzymywało.


Spojrałem na niego i spytałem.


- Czy ten kot to jest ten właśnie kot?


- Tak. To jest ten właśnie ten kot. Ale nie licz, że odezwie się w naszym języku. Wciąż myślę, że to mi się przyśniło. Muszę przestać pić. Mam chore wizje. To chyba przez ten bimber od Józefiaka.


- Znasz Józefiaka? - spytałem.


- A kto go nie zna? Znają go wszyscy na osiedlu. Zwłaszcza tacy jak ja. Zdziwiłbyś się ilu ludzi dobrze wykształconych i dobrze sytuowanych, ma problemy alkoholowe.


Coś mnie w sercu ukłuło. Przecież ja też piję. Może nie tyle co ten pijaczek ale piję. Przez chwilę zastanawiałem się czy mu o tym nie powiedzieć ale rozmyśliłem się. W końcu to moja sprawa i nikomu nie muszę się z tego spowiadać.


- I co zrobiłeś z tym co się tobie przytrafiło?


Pijaczek spojrzał na kota, który wciąż siedział na moich kolanach. Miałem wrażenie, że z wielką uwagą przysłuchuje się naszej rozmowie. Po plecach przeszedł mi dreszcz.


- Co zrobiłem? Ja cały czas staram się to wszystko ogarnąć. Chociaż przyznam, że znów zacząłem rozmawiać z Bogiem. Po wypadku Moniki przestałem wierzyć w Jego istnienie. Wygarnąłem Mu, że jest bezlitosny i zapewne cieszy się moim bólem. Potem uciekłem w alkohol. Pozwoliłem aby mną zawładnął. Chciałem zachlać się na śmierć ale jakoś wciąż żyję  i zastanawiam się czy aby Bóg nie maczał w tym palców.


- Myślę, że On nie chce tak szybko zabrać cię do siebie. Ma wobec ciebie jakiś konkretny plan. - odpowiedziałem.


- Może i tak. Codziennie budzę się z myślą, że ja przecież nie mam dokąd umrzeć. Bo niby dokąd? Od śmierci Moniki moja we mnie pustka i samotność przestały pokrywać się kurzem, chociaż powinny. Ilekroć wracam do pustego mieszkania nastawiam radio by zagłuszyć tęsknotę. Zazwyczaj puszczam internetowe radio Kraina Łagodności i słucham poezji śpiewanej. Monika bardzo lubiła poezję. I wtedy tak sobie myślę, że wystarczy wytrzeźwieć. Wytrzeźwieć na zawsze I dostąpić rozgrzeszenia. Ale dzisiaj to nie takie proste. Cień Moniki trzyma mnie na Ziemi i stara się mnie prowadzić jak ślepca we mgle. Dlatego przed snem nasłuchuję ulic tego miasta i szukam cielesności Moniki choćby w kałużach.


- I znajdujesz? - spytałem.


- Nie. Ale znajduję coś innego. Znajduję to, czego nie chciałbym znaleźć.


- Tzn?


‐ Każdy mój smutek. Ten ciągle towarzyszący mi ból i tę cholerną samotność, którą mógłbym sobie wytatuować na całym ciele a i tak miejsca na moim ciele byłoby za mało. A chciałbym znaleźć światło. Zbierać je w dłonie i rozświetlić nim mrok mojej duszy.


- Może szukasz nie tam gdzie nie trzeba? - powiedziałem.


- Możliwe. Dzisiaj mam tylko czerwoną tarczę księżyca pod paznokciem i nikłe światełko umarłej dawno gwiazdy na niebie. Wiesz? Każdego ranka modlę się do mojego prywatnego Boga. Modlę się bez interpunkcji, prosząc o wybawienie. Gdzieś z tyłu głowy słyszę szept mojego Boga: "Dmuchaj na miejsca które cię bolą" i zawsze kiedy słyszę ten szept, mam wrażenie, że to tylko moje urojenia.


- A ja myślę, że Bóg, nawet jeśli jest twój prywatny, rozmawia z Tobą.


- Tak myślisz?


- Tak właśnie myślę. Ja też czasem rozmawiam z Bogiem i mam wrażenie, że On mnie słyszy... - urwałem zdanie.


- Wiesz? Ja już nie mogę niżej upaść. A ona. Ona, moja Monika wydaje mi się być święta, święta obojętna, święta niepojęta, choć tę aureolę nad jej głową należałoby ubrać w cudzysłów. Wiele razy próbowałem przewlec ten mój ból przez ucho igielne, ale to tak jakbym próbował zjeść zupę widelcem.


- Chyba cię rozumiem. - odpowiedziałem.


- Sam nie wiem czy mój dom jest moim prawdziwym domem. Mieszkam w nim ale od śmierci Moniki siedzę tylko w sypialni, której ściany pachną nią. W tych ścianach mieszkają wspomnienia. Chciałbym w nie wrosnąć. Wrosnąć snem z którego już nie chciałbym się wybudzić. Tylko te cholerne łóżko niczego nie uśmierza. Samotność stała się mięsożernym robakiem, który zjada mnie od środka. Krew w moich arteriach krąży w odwrotną stronę a serce oplata drut kolczasty.


- Dlaczego nie pozwolisz żonie odejść?


- Nie umiem odpowiedzieć tobie na to pytanie. Może kiedyś ale nie dzisiaj. Mam wrażenie, że nasze dwa cienie w ciszy parzą ulubioną przez Monikę Yerba Mate. Nasz rajski ogród nagle się zatrzasnął a w jej urnie anioł wyrzeźbił jej skrzydła. Taki obraz śnił mi się dzisiaj w nocy. A przecież ten sen miał być tylko chwilowym postojem, wolnym miejscem na parkingu, na którym zostawia się wszystkie grzechy i nie płaci się za postój. Za chwilę wywiozą je za siódme wrota. I tylko śmierć na wszelki wielki mojej od życia dezercji, zapisuje moje grzechy ideogramami. A wiesz co jest w tym zadziwiającego?


- Nie wiem. Powiedz mi.


- Nie ma dwóch identycznych zdarzeń, dwóch tych samych dni, mimo że zaczynają się w tym samym miejscu oraz w czasie. Nawet wtedy gdy w tym samym miejscu jesteśmy pogrążeni we śnie, kiedy radio wyłącza się samo w środku It's a kind of magic". Odkryłem to całkiem niedawno. Odkryłem też, że zasłony w moim pustym mieszkaniu wypełnione są powietrzem pachnącym solą. Tą z Ciechocinka. Dlatego stamtąd uciekam. Uciekam tak naprawdę donikąd. I ta donikądś sprawia, że czuję się jakbym był jednym z bohaterów "Lotu nad kukułczym gniazdem". Udaję, że los nie spiskuje przeciwko mnie. Czytałeś Johna Ashbery'ego? - spytał.


- Nie. Nie czytałem. A kto to?


- Amerykański poeta, zaliczany do tzw. szkoły nowojorskiej w poezji. Był gejem, ale to w tej chwili mało ważne.


- Zadziwia mnie twoja znajomość literatury, poetów i twoja inteligencja. - wszedłem mu bezczelnie w zdanie.


- No więc Ashbery wyraził kiedyś opinię, że w tak beznadziejnych przypadkach jak mój, potrzebny jest eskapizm. Zarówno ten osiągalny jak i nieosiągalny.


- Co to jest ten eskapizm? Boże...jaki ja jestem ciemny przy tobie.


- Eskapizm? Eskapizm to ucieczka od rzeczywistości, problemów i stresu poprzez angażowanie się w przyjemne, odwracające uwagę aktywności, takie jak oglądanie filmów, granie w gry, czytanie książek lub zanurzenie się w świat fantazji. Jest to psychologiczny mechanizm obronny, który może być świadomy lub nieświadomy i przybiera różne formy, od rozrywki po duchowość. Choć zdrowy

w niewielkich dawkach, nadmierny eskapizm może prowadzić do zaniedbywania obowiązków i pogorszenia relacji. Rozumiesz?


- Mniej więcej. - odparłem jeszcze bardziej "zielony" w tym temacie.


- Czasami gdy leżę na swoim łóżku, choć bardziej adekwatnym byłoby określenie barłogu, mam wrażenie, że leżę w zimnej jaskini Platona. Wiesz kto to był Platon?


- Grecki filozof. - odparłem dumny, że chociaż na to pytanie znałem odpowiedź.


- Tak jest młody człowieku. Więc gdy leżę w swoim barłogu, śledzę światła pojazdów, które przesuwają się po ścianach i zastanawiam się czy któryś z tych kierowców zabił już kogoś na przejściu dla pieszych. I wtedy rozmawiam z Moniką. Problem w tym, że ona milczy. Przede mną roztacza się kamienna cisza, w której staram się nie zwariować. Wtedy sięgam po kolejną butelkę i piję aż do całkowitego jej opróżnienia. Potem szary film się urywa jak zerwana klisza w kinie i przychodzi sen bez snu.


Boże jedyny...gdyby on wiedział, że ja też mam podobnie. - pomyślałem w duchu.


- A wszystko inne dzieje się w mojej podświadomości i pozornie uśpionym umyśle. Umysł...Umysł jest jak gęsto zaludnione miasto w Chinach. Albo slumsy w Brazylii. Umysł bywa jak Pompeje, zniszczone przez Wezuwiusza. Umysł kolekcjonuje wspomnienia, pomniki przeszłości i usilnie stara się o nich zapomnieć. Mój umysł zawiera w sobie katakumby, potrzaskane witraże w opuszczonym klasztorze pod wezwaniem świętej Moniki. Mój umysł włada ruinami, z których nic już nie można zbudować.


- Dlaczego chcesz budować na ruinach? Zburz to co było i postaw nowy dom z solidnymi fundamentami.- powiedziałem.


- Problem w tym młody człowieku, że te ruiny władają moim umysłem...



c.d.n.

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń

Polityka prywatności

  1. Administratorem danych osobowych jest właściciel strony Przędza Słów.

  2. Dane osobowe zbierane są wyłącznie w celu realizacji usług, kontaktu z użytkownikiem oraz działań marketingowych, jeśli wyrazisz na to zgodę.

  3. Dane nie są udostępniane osobom trzecim, z wyjątkiem podmiotów uprawnionych na podstawie przepisów prawa.

  4. Masz prawo dostępu do swoich danych, ich poprawiania oraz żądania usunięcia.

  5. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do korzystania z niektórych funkcji strony.

  6. Strona korzysta z plików cookies w celu poprawy jakości usług i analizy ruchu.

  7. W sprawach związanych z ochroną danych osobowych możesz skontaktować się poprzez formularz kontaktowy na stronie.

Kontakt

Przędza Słów

 

© 2025 by Przędza Słów. Powered and secured by Wix

 

bottom of page