top of page

Jak pech to pech

  • 18 lut
  • 6 minut(y) czytania


Powiedzieć, że Stefan Stefanow był ździebko zły to tak jakby zamknąć całkiem ryj, odwrócić się twarzą w stronę ściany i zamilknąć na wieki. Stefan nie był nawet wściekły. Wściekłość to coś, co najwyżej sprawi, że kroisz szybciej kiełbasę. W zwojach galaretowatej masy Stefana pulsował absolutny, namiętny i niczym nie zmącony szał. I gdy rozładowywał go rzucając o ściany wszystkim, co tylko jego patykowate ręce dały radę oderwać od podłogi, świat dalej wirował spokojnie, lekko po skosie, a ptaki fruwały swoimi drogami, wiedząc, że szał Stefana to w sumie dupa jedna wielka...

No bo jakby to wam powiedzieć? Oki powiem prosto z mostu a co...Bez żadnej ściemy. Stefan był seryjnym samobójcą. Ale znów mu się nie udało. Co mu się nie udało? Cóż mogło mu nie wyjść, gdy prowadzi się życie takie jak on. Płytkie, szare i kompletnie do dupy. Nie rozumiecie? No przecież powiedziałem. samobójcą był, znaczy chciał się zaj...ć! Od urodzenia nienawidził życia. Już wtedy, gdy oklejony śluzem wyłaniał się z pochwy swojej świętej pamięci mamusi Stefanowej wiedział, że będzie zawsze i absolutnie nienawidził tego świata i tych durnych w jego mniemaniu istot, które wywlekły go siłą z jego ciepłego schronienia.

Gdy miał roczek i rzucał z niesamowitą precyzją obśliniony smoczek wprost między oczy swojego świętej pamięci tatusia Stefanowa. Wiedział już wtedy, że nigdy nie będzie tu szczęśliwy i zabije się własnoręcznie przy pierwszej możliwej okazji. Potem kolejne jego urodziny, następujące złośliwie i cierpliwie rok po roku utwierdzały go w przekonaniu, że zakończy żywot z własnej woli i ze swoich rąk. Zachwyceni jego urodą przyjaciele matki Stefanowej pojawiali się w popielatych sweterkach w ich domu z pewnością i regularnością burz letnich, oglądając skrzywione paskudnie niemowlę. Ćmokali i ciamkali nad jego łóżeczkiem a on nie mógł wyjść z podziwu jak bardzo ich nienawidzi, chociaż zna ich dopiero od chwili wyjścia z ciemnej macicy, co suma sumarum nastąpiło niedawno całkiem.

- Przesada tak karmić dziecko!- wredni wujowie syczeli nad jego uchem.

- Słodki bobas, tylko taki pochmurny - z lekką zgrozą patrzyły ciotki.

- Czy ja wiem? Czy ja wiem? - matka Stefana wkładała wtedy jakoś tak bezradnie czerwoną kurtkę na plecy i szli na spacer by uciec od zgiełku domowników. Już wtedy coś czuła. Na pewno Stefan ma jakiś problem z życiem, ale nie przywiązywała do tego wagi. Jaki problem może mieć niemowlak? Myśli o czymś więcej niż cyc?

Więc Stefan dorastał ze strasznym piętnem - wyższością. Mając jedenaście lat myślał, że jest mieszkańcem smołowanego zamczyska wraz ze swoją matką Stefanową, pisarką w miejskiej gazecinie, a reszta ludzkości to plebs stłoczony u bram. Czemu męczyć mam się i dusić w tym motłochu pełnym baranów bez rozumu? - myślał. Wyniosłość to sztuka łatwo dostępna. Wyłaził z niego możnowładca o krwi błękitnej jak szyby w Mariocie, przynajmniej tak o sobie myślał. I chyba to była decydująca kwestia jeśli chodzi o pierwsze samobójstwo - czyli próbę zakończenia swojego koszmarnie nudnego życia. Idea zabicia się stała się dla niego piękna w dniu, gdy znalazł swojego kota - Pana Mopsa(tak go chooojowo nazwał) całkowicie i nieodwołalnie martwego. Pan Mops leżał rozciągnięty w ogrodzie, a jego zapadnięta klateczka piersiowa ozdobiona była suchymi liśćmi. Falował lekko na wietrze, lśniąc jakoś tak martwo w słońcu. Niby w szkole słyszał o śmierci, nawet pamiętał jak jego świętej pamięci tata Stefanow zniknął nagle a mama stale powtarzała wtedy strasznym głosem "ja pier...ę, umarł!", rozmazując pięściami łzy po zestarzałej nagle twarzy, ale i tak co to znaczy - nie rozumiał. A teraz ten Mops. Taki nieruchomy, suchy, drętwy. Jego płuca nie podnoszą żeber, jego oczy nie mrugają by nawilżyć zielonkawe gałki. Był tak pozbawiony życia jak tylko może być pozbawiony życia zdechły kot.

I wtedy już wiedział. Już podjął decyzję. Chciał być tak samo nieobecny w świecie debili i motłochu jak ten kot. Nie przejmował się Jezusem. Matka coś wspominała o karach boskich spadających na plecy grzesznika jak gorejące kamienie, ale w piekło nie potrafił jakoś uwierzyć. Panie Jezu, to ja. Stefan- samobójca. Możesz mnie wskrzesić jeśli zostanie po mnie coś więcej niż popiół, no i niech diabeł puści moje jaja wcześniej. Eeee... nie, tak to nie zadziała. O matkę też się nie martwił. Miał wrażenie, że jakoś nigdy za nim nie przepadała. Nic więc nie stało na przeszkodzie.

Pierwsza próba nastąpiła gdy miał 12 lat. Poleciał do lasu ze sznurem uciętym z babcinej linki na pranie. Gdy go wiązał dookoła gałęzi starej gruszy, myślał ile majtek na nim wyschło, co mocno nim wzdrygnęło. Zaraz jednak się otrząsnął, zacisnął pętlę i wypróbował jej siłę. Dobra, jest git. No i gdy już uczynił sobie piękną wiązkę ze sznura, gdy już zacisnął sobie ją tuż za uszami, gdy już jedną nogą kopał szatana po łydkach, gdy już w wyobraźni oprowadzał swój kondukt żałobny...JEBS! Gałąź pękła a jedyna krwawa pamiątka jaka Stefanowi pozostała to mała sznytka między brwiami, która nadawała mu teraz, słusznie zresztą, wyraz człowieka wiecznie wkooorwionego.

Drugie samobójstwo miało miejsce kilka lat później. Stefan próbował zatracić się w masturbacji, potem porno i seksie z głupimi koleżankami ze szkoły. Ale niestety. W swoich kabotyńskich mądrościach podsycanych pierwszym alkoholem nie odkrył w tym żadnej prawdy. No nic, zero, nul, jakby fiutem po zaspach rył. Teraz się utopię... - myśli. Utopię się i choooj! Wanna pełna wody, za oknem ciemnawo, zaspy chyba na metr. Zima się zaczynała. No i wchodzi Stefan do kibla swego domowego. Wkłada nogę. I co? Ja pier...ę! Woda za zimna. Nie utopię się w tym gównie. Trzeba podgrzać. Matka mnie nie kocha, bojler ciągle wyłącza, ogłupia mnie tym mrozem, ociemnia. Oczadziały z zimna zdechnę nawet ręki nie podnosząc na siebie. Los jednak chciał, że bojler się popsuł. Patrzył potem przez szparę w drzwiach na modlącą się pod bojlerem matkę, myśląc, że teraz już mógł zaczynać gnić.

Kolejny zamach na życie miał charakter już bardziej zaplanowany. Wielka zbrodnia, tylko, że dokonana na sobie. Samozbrodnia. Autozbrodnia. Stefan miał pistolet. Skąd go miał? Skąd Stefan wziął go w Polsce nie narażając się na niebieski pościg? Nie wiem. Miał go po prostu i już. Szczerze powiedziawszy, choooj mnie to obchodzi! No i usiadł jednego dnia do stołu, a był to dzień, który już naprawdę obrał sobie za ostatni dzień szmatławego w jego przekonaniu życia. Przyłożył zimną lufę do skroni, zimną jak sama esencja stali, krągłą jak talerz u babci Stasi i groźną jak sam szatan, pociągnął za spust. I co?I kooorwa nic! No kooorwa nic! Pociągnął drugi raz i znów cisza. Pierd...na cisza. Nawet brzęczenie much nie jest w stanie jej przeciąć. Trzeci raz- nic. Każdy kolejny- jeszcze bardziej nic. Wielkie, wciągające, wsysające nic. Pistolet padł, zdechł, zaciął się. Dopiero wyrzucony przez okno strzela. Znalazł go potem ponoć dzieciak sąsiadów z dołu, ale Stefan nic więcej już o nim nie słyszał.

Jeszcze jedna historia, o której słyszałem nawet ja, miała miejsce gdy był już dobrze po czterdziestce. Wiecie, wątroba już nie ta, wszelkie woreczki - sreczki, wszystko pada, wszystkie flaki i narządy. Wzrok się skraca, myślenie też. Stefan stwierdził, że to idealny czas na koniec jego własny. A co kooorwa?! Teraz wybrał pociąg. Pociąg to takie męskie samobójstwo. Nie jest sentymentalny ani babski za bardzo, no i fruwające flaki. Oczami wyobraźni widział wszystko - zbryzgane krwią okna pasażerów, welurowe siedzenie pana maszynisty, płaczące bachory. Wybrał się na tory i położył się na nie, rozgrzane od słońca, bo lato było akurat i wszędzie cuchnęło krowimi plackami. Lato, ech lato...No i leżał tak. Pół godziny, godzinę, dwie, trzy. Aż wieczór spadł mu na pysk gęsty i pełen brzęczących trzmieli. Wkooorwiony wstał i poszedł do domu. Na drugi dzień usłyszał w sklepie, że pół kilometra wcześniej trakcję rozebrali i rozkradli i jeśli pociąg latać nie umiał (a zakładamy, że nie umiał), no to nie przyjedzie. Za to Stefan musiał się napić. Na jakiś czas to go zniechęciło

Potem zaczął znów próbować. Później poznał jakąś babę, przez chwilę był spokój. Dopóki nie przestał mu stawać. Znaczy miłość się skończyła, bo penis ani na chwilę nie potrafił drgnąć. Stefan na dwóch nogach, stał całkiem dobrze ale babie się znudziło litowanie. Nieszczęśliwy wrócił do praktyk sprzed kilku lat. Wszelkie sznurki, noże, wysokie parapety i pistolety były mu niebem, domem i słońcem. Ale ponoć gdy chciał się utopić razem z suszarką dla pewności, to prąd wyłączali nagle. Jak rzucał się pod samochód - też dupa. Albo zielone, albo jakieś objazdy robili akurat. Belki to ze cztery już złamał od wieszania się. I nic. Chyba po prostu koleś miał wielkiego pecha. Bo żył potem długo jeszcze i w świetnym zdrowiu.


Przemysław Trenk

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń

Polityka prywatności

  1. Administratorem danych osobowych jest właściciel strony Przędza Słów.

  2. Dane osobowe zbierane są wyłącznie w celu realizacji usług, kontaktu z użytkownikiem oraz działań marketingowych, jeśli wyrazisz na to zgodę.

  3. Dane nie są udostępniane osobom trzecim, z wyjątkiem podmiotów uprawnionych na podstawie przepisów prawa.

  4. Masz prawo dostępu do swoich danych, ich poprawiania oraz żądania usunięcia.

  5. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do korzystania z niektórych funkcji strony.

  6. Strona korzysta z plików cookies w celu poprawy jakości usług i analizy ruchu.

  7. W sprawach związanych z ochroną danych osobowych możesz skontaktować się poprzez formularz kontaktowy na stronie.

Kontakt

Przędza Słów

 

© 2025 by Przędza Słów. Powered and secured by Wix

 

bottom of page