Złudzenia
- 17 sty
- 3 minut(y) czytania
Współczesny człowiek żyje na dwa światy. Jeden pachnie kawą, zimnym powietrzem o poranku i śniadaniem jedzącym w pośpiechu, w drodze do pracy. Drugi świeci niebieskim światłem ekranu, wibruje powiadomieniami i kusi obietnicą, że tu będzie szybciej, łatwiej, intensywniej, może nawet lepiej. Przez większość dnia balansujemy gdzieś pomiędzy nimi, w półkroku: jedną ręką mieszamy zupę, drugą przesuwamy kciukiem po ekranie.
Może wydawać się, że to dwa odrębne światy. „Prawdziwe” życie – tu, gdzie rachunki, szkoła dzieci, kredyt, obowiązki. I ten drugi – „tylko internet”, „tylko rozmowa”, „tylko kilka wiadomości”. Tymczasem granica między jednym a drugim dawno się zatarła. Rozpłynęła się. Nasze serca, myśli, pragnienia zaczęły krążyć tam i z powrotem.
Dawid Skate w jednym ze swoich wierszy pisze:
„Złudzenia
One są chyba najsilniejsze
W gąszczu wszystkiego
Co serce me oplata
W duszy zagnieżdżone szepczą nieustannie.”
To świetna diagnoza naszych cyfrowych czasów. Czasem tak bardzo czegoś chcemy, że zaczynamy wierzyć nie w człowieka, ale w złudzenie, które sobie z niego zrobiliśmy. Im bardziej jesteśmy głodni bliskości, tym łatwiej karmimy się okruszkami – statusem „online”, zieloną kropeczką przy nazwisku, nocną wiadomością, głosem z głośnika. „Szeptem złudzeń”, który w końcu zagłusza zdrowy rozsądek.
Pokochaliśmy profile, nie osoby. Zakochujemy się w tym, w jaki sposób ktoś do nas pisze, jak nas „czyta”, jak szybko odpisuje. Nienawidzimy tak samo – w komentarzach, prywatnych wiadomościach, w pasywnie-agresywnym „seen” – widzę, ale mnie nie interesujesz, nie obchodzi mnie to, nie jesteś dość ważny. Potrafimy się poróżnić, zerwać, zniknąć, choć nigdy nie spojrzeliśmy sobie w oczy. Nie wiemy, jak ten ktoś pachnie, jak brzmi jego cichy szept wprost do ucha, nie poczuliśmy jego dotyku…A jednak pozwalamy, żeby właśnie on – czy raczej jego cyfrowa wersja – decydował o tym, czy zaśniemy spokojnie, czy z telefonem w dłoni.
W pewnym momencie przestaje być ważne „skąd” to wszystko do nas płynie. Liczy się tylko to, że wreszcie ktoś nas słucha. Ktoś nas chwali. Ktoś mówi: „rozumiem cię”, „jesteś ważny”, „nikt wcześniej tak mnie nie traktował”. Czujemy się widziani, choć w rzeczywistości często jesteśmy tylko dobrze dobranym zdjęciem z korzystnym światłem. Zachłystujemy się tą satysfakcją tak mocno, że zapominamy o najbardziej podstawowym fakcie: po drugiej stronie ekranu też siedzi człowiek. Z własnymi marzeniami, lękami, z sercem, które bije równie rozpaczliwie jak nasze.
I tu zaczyna się ciemniejsza strona tej historii. Egoizm ma w sieci idealne warunki do rozkwitu. Nie widzimy łez, nie słyszymy drżenia głosu, nie czujemy, jak komuś trzęsą się ręce, kiedy czyta naszą lakoniczną, chłodną wiadomość. Widzimy tylko tekst. A tekst nie cierpi – cierpi człowiek.
Szczególnie wyraźnie widać to wtedy, gdy wirtualne złudzenie zderza się z „prawdziwym” życiem. „Rodzina, dzieci, kredyt” – to mantra, którą powtarzamy sobie, kiedy trzeba nazwać lęk przed zmianą. Świat wirtualny pozwala nam na romans bez wyprowadzki, na czułość bez rozwodu, na wyznania bez konsekwencji. Przynajmniej tak nam się wydaje. Bo złudzenia naprawdę są najsilniejsze – potrafią wmówić nam, że da się przeżyć wielką historię, nie ruszając niczego w naszym uporządkowanym świecie.
A potem przychodzi moment, w którym trzeba odpowiedzieć na bardzo niewygodne pytanie: czy jestem gotowy na ciąg dalszy? Nie „czy chcę kolejnej wiadomości”, ale czy jestem gotowy unieść ciężar czyjegoś zdeptanego serca. Bo dla kogoś po drugiej stronie mogło to być wszystko.
Warto się więc zatrzymać zanim wciśniemy „wyślij”. Zapytać siebie: czy widzę człowieka, czy już tylko piksel? Czy słyszę serce, czy tylko własne pragnienia odbite w ekranie? Czy to, co robię, jest jeszcze niewinną grą, czy już deptaniem czyjejś nadziei, która – niestety dla nas – wcale nie jest wirtualna.
Nie chodzi o to, żeby demonizować sieć. Cyberprzestrzeń potrafi ocalić od samotności, stać się przestrzenią prawdziwej bliskości, początkiem relacji, które przetrwają nie tylko brak zasięgu, ale i brak makijażu, i pierwszą wspólną grypę. Chodzi raczej o to, byśmy przestali udawać, że tu nic się „naprawdę” nie dzieje. Dzieje się. Czasem więcej niż przy wspólnym stole, przy którym każdy osobno wpatruje się w ekran swojego telefonu.
Złudzenia są silne. Ale jeszcze silniejsza może być decyzja, by zobaczyć w tym świetlnym punkcie na ekranie – człowieka. Zanim napiszemy kolejne słowo, zanim klikniemy „zablokuj”, zanim uznamy, że „tak jest łatwiej”, dobrze byłoby zadać sobie jedno, nieco brutalne pytanie: czy potrafię dalej iść własną drogą, wiedząc, że zostawiam za sobą czyjeś zdeptane serce? Jeśli odpowiedź brzmi „nie wiem” – to może znak, że warto odłożyć telefon…
Agnieszka Dyszak



Jakże trafne prawdziwe są twoje słowa Agnieszko. Dziękuję za ogromny zaszczyt bycia zacytowanym :)