Wątek poboczny
- Kasia Dominik
- 27 paź
- 2 minut(y) czytania
Od ćwierć wieku w moim życiu toczy się cicha opowieść o chorobie. Nie jest to dramat, który chciałabym, aby stał się osią mojej historii. Nie pozwalam jej być bohaterką, nie daję jej pierwszego planu, nie oddaję światła reflektorów. To tylko wątek poboczny – szept w tle, cień, który czasem przemyka po ścianie, ale nie przysłania dnia. Nauczyłam się, że jeśli dam jej zbyt wiele przestrzeni, rozrośnie się w ogrodzie, w którym chcę przecież pielęgnować coś innego – delikatne, kruche, a jednocześnie pełne życia chwile radości.
Nieuleczalna choroba towarzyszy mi od dawna w mojej ziemskiej pielgrzymce, nigdy się nie oddala, ale też nie ma prawa prowadzić. Idzie kilka kroków za mną, nie z przodu. Czasem jej oddech czuję na plecach, innym razem zapominam, że w ogóle istnieje. Nauczyłam się nie rozmawiać z nią zbyt często, bo każde słowo, jakie jej poświęcam, rośnie w siłę. Wolę milczenie, które ma smak spokoju. Wtedy słyszę, że bije moje serce – nie dla bólu ani żalu, lecz dla życia.
To życie, które wybieram codziennie, toczy się w drobiazgach. W tych maleńkich, niepozornych skrawkach istnienia, które dla innych przemykają niezauważone. A dla mnie są modlitwą, tchnieniem, które przypomina, że jestem, mimo wszystko – cała. Gdy wiosną rozkwita pierwsza stokrotka, kładę dłoń na ziemi i czuję, że świat oddycha. Gdy poranek przynosi babie lato, a srebrne nici mgły oplatają trawy, zatrzymuję się i pozwalam, aby to piękno przeze mnie przepłynęło. Gdy liście rdzewieją jesienią i wirują w powietrzu, widzę w nich taniec przemijania, który nie jest końcem, lecz łagodnym przejściem. A zimą, kiedy mróz zawiesza w powietrzu kryształowe sopelki, słucham ich niemego drżenia i czuję wdzięczność za to, że wciąż mogę być.
Nie gonię za wielkimi rzeczami. W moim świecie to, co najważniejsze, ma szept zamiast krzyku. Czasem to zapach świeżo zaparzonej herbaty, dotyk ciepłej dłoni, bądź uśmiech kogoś, kto nie wie, że właśnie uratował mi dzień. Te chwile nie mają imion, ale to one budują moją codzienność – drobne kamyki układające się w mozaikę życia. Każda z nich błyszczy inaczej, lecz razem tworzą obraz, w którym choroba nie ma już władzy. Jest tłem, cieniem, echem, niczym więcej.
Wiem, że nie zawsze będzie lekko, de facto nigdy nie było. Są dni, gdy ból przypomina o sobie z całą swoją natarczywością. Ale nawet wtedy, kiedy ciało buntuje się przeciw istnieniu, staram się nie tracić z oczu tego, co mnie niesie. Patrzę w okno i widzę światło przenikające przez firankę, które przypomina o nadziei. To światło nigdy mnie nie opuściło. Bywa słabe, ledwie widoczne, ale zawsze jest obecne. I właśnie w jego blasku choroba traci swój ciężar. Staje się tylko jednym z wielu wątków, które splatają się w moją historię.
Nie wiem, jak długa będzie ta droga. Nie szukam końca, nie wypatruję celu. Wystarczy mi to, co jest tu i teraz. Bo właśnie w tym, tych drobnych, codziennych cudach kryje się sens. I jeśli ktoś kiedyś zapyta, czym jest moje życie, odpowiem bez wahania: to opowieść o zachwycie. A choroba? To tylko przypis na marginesie. Wątek poboczny w historii, której głównym tematem jest wdzięczność.
A dzisiaj, chociaż za oknem coraz dłużej zalega cień i zima zbliża się nieuchronnie, w sercu czuję spokój. Bo wiem, że chłodny poranek, dzień przykryty śniegiem, to i tak się cieszę, bo to zawsze jeden dzień bliżej wiosny.
Kasia Dominik


Komentarze