Zapiski z drugiego pokoju - Katleea So
- 22 mar
- 2 minut(y) czytania
W minionym tygodniu zorganizowałam w grupie literackiej Mundus Poeticus na Facebooku konkurs, w którym uczestnicy mieli zainspirować się wierszem Julii Hartwig „Nie zawsze”. Powstało wiele różnorodnych tekstów, jednak jeden z nich wyjątkowo mocno poruszył moje serce.
Autorką tego utworu jest Katarzyna Ostachowska, publikująca pod pseudonimem Katleea So. Jej praca, zatytułowana „Zapiski z drugiego pokoju”, została nagrodzona Grand Prix. Dlaczego właśnie ona?
Ponieważ oddaje w pełni to, co nazywam esencją poezji Hartwig — ciszę codzienności jako najgłębszą melodię życia. Szuranie kapci, zwiędła choinka, nieruchoma mucha — to nie dramaty, lecz prawdziwe szpary istnienia, przez które sączy się prawda. Bez patosu, z pokorą wobec materii – szorstkiej, bliskiej ciału.
Ta poetycka proza jest rodzajem medytacji nad istnieniem. Każdy jej detal brzmi autentycznością.
To właśnie ta cicha prawda i skupiona delikatność sprawiły, że tekst Katarzyny Ostachowskiej tak mocno do mnie przemówił.
Kasia nauczyła mnie patrzeć na cienie cieni i dostrzegać w nich więcej, niż w symfoniach.
„Zapiski z drugiego pokoju”
Przez ścianę słychać, jak ktoś uczy się umierać.
To nie są żadne wielkie słowa. Raczej szuranie kapci, brzęk łyżeczki o szklankę, długa cisza, potem westchnienie – takie, jakby ktoś poprawiał niewygodny kamień pod żebrem.
Myślałam, że życie to symfonia, że wszystko ma swój temat i rozwinięcie. Ale prawda jest taka, że najważniejsze rzeczy docierają do nas przez szpary: przez uchylone drzwi, przez sen, przez trzaski na starej płycie.
Sąsiad z naprzeciwka wyniósł choinkę na śmietnik. Stała przy kontenerze cały tydzień, obsypana igłami, jakby płakała suchą zielenią. Nikt nie zagrał fanfar. Nikt nie powiedział: patrzcie, to koniec świąt. Po prostu igły wirowały w powietrzu i układały się w drobne znaki, których nie umiem odczytać.
Może cała sztuka polega na tym, żeby nauczyć się patrzeć na te blade światła, na te cienie cieni i nie uciekać od ich pospolitości. Nie szukać dramatu, tylko dostrzec, że w szuraniu kapci jest więcej prawdy niż w najpiękniejszej melodii. Bo melodie się układają, a szuranie – po prostu jest. Twarde, należące do materii, rzeczywiste.
Na parapecie leży mucha. Nie żyje. Leży na grzbiecie, nóżki ma złożone jak do modlitwy, której nikt nie chciał wysłuchać. Za oknem miasto grzeje w płomieniach świateł, a ona jest tylko suchym pyłkiem, który za chwilę zdmuchnę.
Do widzenia, mucha.
Do widzenia, sąsiedzie z choinką.
Do widzenia, ciszo zza ściany, głośniejsza niż wszystkie koncerty świata.



Komentarze