W miejscu bogom obcym
- Kasia Dominik
- 30 gru 2025
- 2 minut(y) czytania
W izolatce klinicznej czas nie płynie, tylko sączy się, jak kropla spadająca zbyt rzadko, aby ją zauważyć, a zarazem za często, aby zignorować. Cztery ściany, wypłukane z koloru i aromatu świata, pachniały jednocześnie czystością i czymś metalicznym. Tam sterylność miała własną, ostrą woń. Powietrze było chłodne, przecięte cichym, pulsującym brzęczeniem filtrów, które z kolei były jedynym dowodem na to, że coś tu oddycha razem ze mną.
Leżałam pośrodku tej białej pustyni, obserwowana przez lekarzy i pielęgniarki, a jednak dotkliwie sama. Ich ruchy były szybkie, precyzyjne, jakby rozsypywali nade mną jakieś niewidzialne zaklęcia, jednak żadne z nich nie potrafiło przepędzić wrażenia, że jestem tu tylko na chwilę pożyczona od świata, zawieszona między “jeszcze” a “może już nie”.
Ich obecność nie łagodziła osamotnienia, przeciwnie znacznie je pogłębiała. Bo byli po drugiej stronie pancernego szkła: ruchliwi, głośni, żywi. A ja, w swojej ciszy, byłam jak eksponat, jak coś, co trzeba dotknąć jedynie w rękawiczkach.
W nocy słyszałam własny puls odbijający się od ścian. Brzmiał obco. Miałam wrażenie, że należał do kogoś innego. Potem dochodził szum aparatury, pulsowanie pomp, ciche kliknięcia urządzeń, krótko pisząc, dźwięki, które miały mnie ratować, a w mojej głowie brzmiały jak syreny alarmowe ostrzegające przed nalotem samolotów i bombardowaniem.
Był moment, krótki i ostry jak zerwanie przylepca, kiedy wydawało mi się, że te ściany zaczynają się przysuwać. Może chciały mnie połknąć, zatrzymać na zawsze, zapamiętać mnie bardziej niż ludzie spoza nich.
I wtedy zrozumiałam to, co mówił tamten wiersz, który kiedyś przeczytałam, że bogowie dawno odeszli. Że nie ma nikogo, kto miałby mnie strzec. Że nie istnieje ręka, którą można błagać o cud.
A jednak… była we mnie dziwna, surowa determinacja, coś między gniewem a pragnieniem przetrwania, co szeptało: jeśli oni odeszli, to niech przynajmniej patrzą, jak idę sama.
Drastyczne było nie ciało, które dało się opatrzyć, zmierzyć, rozpisać na wykresach, ale to, co działo się w środku: w miejscach, których nie obejmie żadna tomografia ani rezonans.
Tam, w najciemniejszym zakątku, rodziła się myśl, że może to nie ja zawiodłam, nie ja odwróciłam się od cudów. Może to bogowie odwrócili wzrok pierwsi, uciekli przed moją nagą prawdą, przed zapachem chemii, krwi i strachu.
A ja — zamknięta w czterech higienicznych ścianach — musiałam zrobić coś, czego oni nie potrafili: wytrzymać.
I w tej samotności, chociaż brutalnej, zimnej i bezlitośnie prawdziwej, było coś jeszcze, mianowicie cichy, szorstki dowód, że człowiek, nawet najbardziej wyizolowany, wciąż może nieść własne imię dalej niż truchła dawnych bogów.
Kasia Dominik



Komentarze