Taniec z Chronosem, czyli poezja przeciwko zanikaniu
- 4 sie
- 9 minut(y) czytania
Są tomy poetyckie, które czyta się jak zbiór oddzielnych wierszy, oraz takie, które od pierwszych stron ujawniają wewnętrzną architekturę. Taniec na osi czasu Marii Dłuskiej należy do tej drugiej kategorii. Poszczególne teksty pozostają autonomiczne, ale podporządkowane zostały jednej, konsekwentnie prowadzonej refleksji. Nie jest nią wyłącznie przemijanie, sugerowane przez tytuł. Znacznie trafniej byłoby powiedzieć, że jest to książka o ludzkim sprzeciwie wobec zanikania – pamięci, miejsc, języka, relacji i własnej tożsamości.
To właśnie ta myśl organizuje cały tom. Czas nie jest tutaj abstrakcyjnym pojęciem ani filozoficzną kategorią. Jest siłą działającą na człowieka każdego dnia. Niszczy domy, zmienia krajobrazy, odbiera ludzi, ale równocześnie prowokuje do stawiania pytań o sens pamiętania. Maria Dłuska nie prowadzi jednak walki z czasem. Wie, że jest ona z góry przegrana. Próbuje ocalić coś innego – ślady.
Dlatego jej poezja tak często zatrzymuje się przy rzeczach pozornie nieistotnych. W szczelinie chodnika wyrasta kwiat, skrzypią panele, milczą zegary, drewniany dom zostaje obity sidingiem. Każdy z tych obrazów niesie znacznie większy ciężar, niż mogłoby się wydawać. Wiersz „Rozterki” rozpoczyna się od prostego obrazu:
„w szczelinie betonu wyrósł kwiat
bezradny w upływie czasu
jak mijający go ludzie”
Można ten fragment odczytać jako kolejną metaforę przemijania. Byłoby to jednak odczytanie zbyt powierzchowne. Kwiat nie symbolizuje wyłącznie kruchości życia. Jest także znakiem oporu. Wyrasta tam, gdzie nie powinien. Tak samo funkcjonuje poezja Dłuskiej – nie zatrzymuje czasu, ale wyrasta wbrew jego logice.
Największą siłą autorki jest właśnie umiejętność wydobywania sensów metafizycznych z codzienności. Nie potrzebuje wielkich tematów ani monumentalnych obrazów. Wystarcza jej wnętrze domu, spacer, rozmowa, fotografia czy szkolny korytarz. Pod tym względem najbliżej jej do Julii Hartwig, choć podobieństwo kończy się na samym punkcie wyjścia. Hartwig oczyszczała obraz do granic klasycznej prostoty. Dłuska przeciwnie – pozwala mu obrastać kolejnymi skojarzeniami, rozszerza jego znaczenie, dopisuje następne warstwy.
Ta różnica ujawnia się również w języku. Maria Dłuska nie ufa słowom zastanym. Tworzy własne złożenia, rozszczepia wyrazy, buduje neologizmy. Nie robi tego jednak dla efektu. Próbuje nazwać doświadczenia, dla których zwyczajny język okazuje się niewystarczający. Współczesność jawi się w jej poezji jako rzeczywistość popękana, dlatego również język musi zostać poddany pęknięciu.
Nie zawsze jednak ten zabieg przynosi równie przekonujące rezultaty. Tam, gdzie neologizm pojawia się jako pojedynczy błysk znaczenia, działa znakomicie. Tam natomiast, gdzie zaczyna dominować nad wierszem, czytelnik bardziej podziwia pomysłowość autorki niż przeżywa emocję tekstu. To chyba najważniejsze napięcie obecne w całym tomie.
Największym przeciwnikiem Marii Dłuskiej nie jest bowiem czas.
Jest nim nadmiar wyobraźni.
Autorka niezwykle rzadko poprzestaje na jednym obrazie. Metafora niemal zawsze rodzi następną metaforę. Kolejne skojarzenia otwierają nowe możliwości interpretacyjne, ale równocześnie rozluźniają konstrukcję wiersza. Zdarza się, że tekst osiąga swoją kulminację kilka wersów przed zakończeniem, po czym biegnie jeszcze dalej, jakby poetka nie chciała rozstać się z żadnym odkrytym obrazem.
Paradoks polega na tym, że najlepsze utwory tomu powstają właśnie wtedy, gdy Dłuska rezygnuje z tej hojności.
Dobrym przykładem pozostaje „Efemeryda”:
„będziemy wspominać
znajomy śmiech
i wypatrywać... wypatrywać... wypatrywać
być może zdarzy się
efemeryda”
Najważniejsze jest tutaj jedno słowo: „wypatrywać”.
Powtórzone trzykrotnie nie pełni funkcji retorycznej. Organizuje rytm całego utworu. Każde kolejne powtórzenie wydłuża czas oczekiwania. Wielokropki spowalniają lekturę, zmuszając czytelnika do doświadczenia tego samego zawieszenia, którego doświadcza podmiot liryczny. To przykład poetyckiej dyscypliny znacznie silniej działającej niż najbardziej wyszukana metafora.
Takich momentów chciałoby się w tym tomie jeszcze więcej.
Nie oznacza to jednak, że Dłuska jest poetką nierówną. Przeciwnie. Jej głos pozostaje rozpoznawalny od pierwszego do ostatniego wiersza. O wiele ciekawsze wydaje się pytanie, w jaki sposób mogłaby jeszcze bardziej zaufać prostocie. Bo właśnie tam, gdzie pozwala przemówić pojedynczemu obrazowi, osiąga największą siłę wyrazu.
Jednym z najciekawszych osiągnięć Tańca na osi czasu jest sposób, w jaki Maria Dłuska prowadzi dialog z tradycją literacką. Nie czyni z kultury magazynu cytatów ani zbioru obowiązkowych odniesień. Literatura jest dla niej przestrzenią rozmowy. Norwid, Tokarczuk, Lem czy Brzechwa pojawiają się nie po to, by legitymizować własną poezję autorytetem poprzedników, lecz po to, by sprawdzić, czy dawne pytania nadal brzmią równie przejmująco.
Szczególnie interesująco wypada rozmowa z Norwidem. W utworze „Rozważania” autorka podejmuje motyw modlitwy, ale całkowicie zmienia jej scenerię:
„moja modlitwa to monolog z Tobą Boże
bez szelestu ust
na spacerze
z widokiem na Most Madalińskiego”
To bardzo znaczące przesunięcie. Norwid budował swoje rozważania w perspektywie metafizycznej, podczas gdy Dłuska przenosi doświadczenie sacrum do zwyczajnej przestrzeni miasta. Modlitwa nie wymaga już świątyni ani szczególnego rytuału. Dokonuje się w ruchu, podczas spaceru, pośród codzienności. Jest to gest charakterystyczny dla całego tomu – autorka konsekwentnie pokazuje, że doświadczenie duchowe nie znajduje się poza życiem, lecz jest jedną z jego najgłębszych warstw.
Nieco inaczej funkcjonują odniesienia do Olgi Tokarczuk. Motyw czułości nie zostaje tutaj powtórzony, lecz poddany próbie. W świecie zdominowanym przez procedury, identyfikatory i cyfrowe oznaczenia człowiek coraz częściej przestaje być osobą, stając się numerem. Dłuska zapisuje ten proces niezwykle oszczędnie:
„dzisiaj źrenicami dojrzałej kobiety
skanuję obrazy pogubionych
naznaczonych pinami peselami nipami
i tych
wyzutych z przywileju czułości”
Najmocniejszym słowem tego fragmentu nie są jednak „PESEL-e” ani „NIP-y”. Jest nim czasownik „wyzuci”. Nie mówi on o chwilowym braku czułości. Sugeruje przemoc, odebranie czegoś, co powinno przynależeć człowiekowi z samego faktu istnienia. Właśnie dlatego ten krótki fragment wykracza poza prywatne doświadczenie autorki i staje się diagnozą współczesności.
To zresztą jedna z największych zalet tego tomu. Maria Dłuska rzadko zaczyna od wielkich tematów. Zawsze wychodzi od konkretnego doświadczenia. Dopiero później odsłania jego uniwersalny wymiar. W tym sensie jej poezja pozostaje bliższa tradycji Anny Kamieńskiej niż intelektualnym konstrukcjom Ewy Lipskiej. Kamieńska również potrafiła z drobnego wydarzenia wydobyć pytanie ostateczne. Różnica polega na tym, że Kamieńska prowadziła swoje wiersze ku skupieniu, natomiast Dłuska pozwala im rozrastać się w wiele kierunków jednocześnie.
Najlepiej widać to w utworach autobiograficznych. Są one jednocześnie ich największą siłą i największym ryzykiem.
Autobiografizm Dłuskiej nie ma nic wspólnego z modną dziś literaturą konfesyjną. Autorka nie opowiada własnego życia. Ona wykorzystuje własne doświadczenie jako materiał do refleksji nad losem każdego człowieka. Praca nauczycielki, rodzinny dom, dzieciństwo czy starzenie się nie są tematami samymi w sobie. Stają się laboratorium pamięci.
Przejmująco wybrzmiewa to w „Drewnianym pudełku dziecięcych lat”:
„między licówką a deskami
schowały się pogłosy stukotu końskich kopyt
kołysanki babuni
chwile ciepłych słów”
To jeden z najlepszych obrazów całego tomu.
Dlaczego?
Ponieważ nie opowiada o utraconym domu.
Opowiada o tym, że pamięć zawsze znajduje sobie kryjówkę.
Nie w murach.
Nie w przedmiotach.
Ale w języku.
Dom zostaje przebudowany, deski znikają pod nową elewacją, zmienia się krajobraz, jednak słowa nadal potrafią odsłonić to, czego nie widać. W tym miejscu poezja Dłuskiej odsłania swoje najgłębsze przekonanie: świat można utracić materialnie, lecz dopóki istnieje możliwość opowiedzenia go na nowo, nie zostaje on całkowicie unicestwiony.
I właśnie tutaj najpełniej ujawnia się sens tytułu tomu. „Taniec” nie oznacza harmonii. Jest próbą zachowania równowagi. Człowiek porusza się pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, pamięcią a zapomnieniem, stratą a ocaleniem. Nie wygrywa z czasem.
Uczy się jedynie nie upadać pod jego naporem.
Na tym polega dojrzałość tej książki. Nie obiecuje zwycięstwa nad przemijaniem. Pokazuje, że warto stawiać mu opór, nawet jeśli jedynym narzędziem pozostaje słowo.
Najwięcej pytań budzi jednak sam język tej poezji. Nie dlatego, że jest nieprzystępny. Przeciwnie – sprawia wrażenie otwartego i komunikatywnego. Dopiero uważniejsza lektura ujawnia jego wewnętrzne napięcia. Maria Dłuska należy do poetek, które nie tyle opisują świat, ile próbują stworzyć dla niego nowy słownik.
Stąd charakterystyczne złożenia wyrazowe, rozszczepienia znaczeń, nawiasy wprowadzane do środka słów. Nie są one wyłącznie formalnym eksperymentem. Odsłaniają sposób myślenia autorki. Świat nie jest dla niej uporządkowaną strukturą, lecz przestrzenią, w której jedno doświadczenie nieustannie przenika drugie. Granice pomiędzy pamięcią i teraźniejszością, rzeczywistością i wyobraźnią, człowiekiem i naturą pozostają płynne. Język ma tę płynność oddać.
Nie zawsze jednak oznacza to artystyczny zysk.
Najlepsze metafory Dłuskiej rodzą się tam, gdzie wynikają z konieczności. Najsłabsze – tam, gdzie wydają się efektem przyzwyczajenia. W pewnym momencie czytelnik zaczyna rozpoznawać mechanizm budowania obrazów. Pojawia się kolejne złożenie, kolejny neologizm, kolejne zderzenie odległych znaczeń. Zamiast zaskoczenia pojawia się oczekiwanie. To niebezpieczny moment dla każdego poety. Styl, który początkowo był odkryciem, może łatwo przekształcić się we własną manierę.
Nie twierdzę, że w Tańcu na osi czasu już do tego doszło. Widać jednak miejsca, w których autorka zbliża się do tej granicy. Paradoksalnie największą przysługę oddałby jej bardziej wymagający redaktor. Nie po to, by zmieniać charakter tej poezji, lecz by wydobyć z niej to, co najcenniejsze poprzez konsekwentne skracanie. Dłuska należy do poetek, które więcej zyskują na skreśleniach niż na dopisywaniu.
To uwaga tym istotniejsza, że autorka posiada rzadko spotykaną umiejętność budowania pojedynczego, zapamiętywalnego obrazu. Wystarczy przypomnieć „Wnętrze ciszy”:
„wsłuchaj się w ciszę
usłyszysz nocny szczebiot talerzy z kubkami
i biadolenie wskazówek zegarów
kręcących się w kółko
do wyczerpania”
To jeden z tych fragmentów, które zostają z czytelnikiem na długo. Nie dlatego, że są niezwykłe formalnie. Ich siła wynika z odwrócenia perspektywy. Cisza nie oznacza tutaj braku dźwięków, lecz ich nadmiar. Dopiero wtedy, gdy milknie człowiek, zaczynają mówić przedmioty. Zegary „biadolą”, talerze „szczebioczą”, dom okazuje się organizmem prowadzącym własne, ukryte życie.
Takich obrazów jest w tym tomie wiele i to one stanowią o jego trwałej wartości.
Nieco mniej przekonują natomiast wiersze, w których refleksja filozoficzna zostaje wypowiedziana wprost. Maria Dłuska jest poetką znacznie ciekawszą wtedy, gdy pokazuje, niż wtedy, gdy wyjaśnia. Jej intuicja obrazowa jest silniejsza od potrzeby formułowania ogólnych prawd. Kiedy pozwala mówić rzeczom, miejscom i gestom, osiąga pełnię swoich możliwości. Kiedy dopowiada sens, wiersz traci część swojej tajemnicy.
To zresztą prowadzi do jeszcze jednej obserwacji.
Autorka pisze przede wszystkim poezję zaufania.
Nie ironii.
Nie demaskacji.
Nie prowokacji.
Współczesna poezja bardzo często opiera się na podejrzliwości wobec świata i języka. Dłuska wybiera drogę odwrotną. Wierzy, że słowo nadal może zbliżyć człowieka do drugiego człowieka. Wierzy, że pamięć ma sens. Wierzy, że czułość nie jest kategorią sentymentalną, lecz etyczną. Wierzy wreszcie, że kultura nie jest muzeum dawnych znaczeń, ale żywą rozmową prowadzoną przez kolejne pokolenia.
Nie jest to postawa modna.
Jest natomiast coraz rzadsza.
Być może właśnie dlatego Taniec na osi czasu wyróżnia się na tle wielu współczesnych tomów. Nie próbuje za wszelką cenę być nowoczesny. Nie ulega pokusie publicystycznej aktualności. Nie zabiega o efekt. Ryzykuje coś znacznie trudniejszego – szczerość. A szczerość w poezji, jeśli nie zostanie wsparta warsztatem, bardzo łatwo zamienia się w banalność.
Maria Dłuska tej pułapki najczęściej unika. Nie dlatego, że rezygnuje z emocji. Przeciwnie – dlatego, że potrafi nadać im kształt literacki. Jej najlepsze wiersze nie opowiadają o wzruszeniu. One wzruszenie organizują. To zasadnicza różnica.
Pozostaje jeszcze pytanie o miejsce Tańca na osi czasu we współczesnej poezji polskiej. Nie jest to książka, którą łatwo przypisać do jednej estetyki. Nie mieści się ani w dominującym dziś nurcie poezji zaangażowanej społecznie, ani w liryce opartej na chłodnym intelektualizmie, ani też w autobiografizmie, który w ostatnich latach zdominował wiele debiutów i książek średniego pokolenia. Maria Dłuska idzie własną drogą. Czerpie z różnych tradycji, ale żadnej nie podporządkowuje się całkowicie.
W tym sensie jej poezja wydaje się świadomie anachroniczna – i nie jest to zarzut.
W epoce, która coraz częściej premiuje doraźność, szybki komunikat i natychmiastową reakcję, Dłuska wybiera rytm znacznie wolniejszy. Interesuje ją nie wydarzenie, lecz jego ślad. Nie fakt, lecz pamięć o nim. Nie komentarz do rzeczywistości, lecz próba zrozumienia, dlaczego rzeczywistość pozostawia w człowieku tak trwałe osady.
Nie oznacza to ucieczki od współczesności. Przeciwnie. Wiersze tomu są głęboko zakorzenione w doświadczeniu XXI wieku. Pandemia, cyfryzacja życia, biurokratyzacja codzienności, rozpad dawnych wspólnot czy przyspieszenie czasu pozostają stale obecne, ale nigdy nie stają się głównym tematem. Autorka nie pisze o wydarzeniach. Pisze o tym, co wydarzenia robią z ludzką wrażliwością.
To odróżnia ją od wielu poetów współczesnych, którzy bardzo szybko reagują na rzeczywistość, lecz równie szybko się starzeją. Poezja Dłuskiej ma większą szansę oprzeć się upływowi czasu właśnie dlatego, że nie próbuje go komentować. Zamiast publicystyki wybiera antropologię. Zamiast diagnozy politycznej – pytanie egzystencjalne.
Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że jest to poezja wymagająca od czytelnika pewnej gotowości. Nie oferuje prostych wzruszeń ani efektownych puent. Niektóre wiersze domagają się powrotu, inne odsłaniają sens dopiero w kontekście całego tomu. Dla jednych będzie to niewątpliwy atut. Inni mogą odczuwać pewien niedosyt kompozycyjnej dyscypliny. Właśnie dlatego książka budzi zainteresowanie – nie pozwala się zamknąć w jednoznacznej ocenie.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden paradoks. Choć autorka tak często odwołuje się do pamięci, jej poezja nie ma charakteru nostalgicznego. Nostalgia idealizuje przeszłość. Dłuska jej nie idealizuje. Wie, że pamięć przechowuje zarówno ciepło, jak i ból, zachwyt i stratę. Dlatego wspomnienie nigdy nie jest u niej ucieczką od teraźniejszości. Jest narzędziem rozumienia teraźniejszości.
To właśnie dlatego tak istotny okazuje się motyw domu. Nie jako miejsca, do którego można wrócić, lecz jako przestrzeni, którą nosi się w sobie. Dom przestaje być adresem. Staje się językiem. Człowiek mieszka nie tylko w ścianach, ale również w obrazach, słowach i gestach, które zapamiętał. Jest to jedna z najpiękniej rozwiniętych intuicji całego tomu i zarazem jego najgłębszy wymiar filozoficzny.
Czy Taniec na osi czasu wnosi coś nowego do współczesnej poezji?
Tak, choć nie w sensie rewolucji formalnej.
Nie jest to książka odkrywająca nieznane wcześniej możliwości języka ani manifest nowej estetyki. Jej nowość polega na czymś subtelniejszym – na konsekwentnym budowaniu własnego sposobu mówienia o doświadczeniu czasu. Dłuska nie próbuje być poetką przełomu. Chce być poetką uważności. I właśnie ta konsekwencja okazuje się jej największym osiągnięciem.
Można oczywiście dyskutować o proporcjach poszczególnych utworów, wskazywać miejsca wymagające większej kondensacji, zastanawiać się nad selekcją materiału. Sądzę, że tom zyskałby na jeszcze bardziej rygorystycznej redakcji. Kilka wierszy mogłoby zostać skróconych, a kilka – pominiętych, nie naruszając konstrukcji całości. Mówię o tym nie dlatego, by osłabić wartość książki, lecz dlatego, że jej najlepsze teksty wyznaczają bardzo wysoką poprzeczkę. W ich sąsiedztwie utwory jedynie poprawne stają się bardziej widoczne.
To jednak zastrzeżenie dotyczące kompozycji tomu, nie talentu autorki.
Talent Marii Dłuskiej nie budzi wątpliwości.
Budzi natomiast oczekiwanie.
Bo Taniec na osi czasu sprawia wrażenie książki, w której poetka osiąga ważny etap własnej drogi twórczej, ale jeszcze nie jej punkt kulminacyjny. Odnalazła własną dykcję, własny system obrazowania i własny obszar tematyczny. Kolejnym krokiem powinno być jeszcze większe zaufanie do skrótu, do przemilczenia, do pojedynczego obrazu, który potrafi powiedzieć więcej niż najbardziej rozbudowana metafora.
Najbardziej dojrzali poeci wiedzą, że wiersz kończy się nie wtedy, gdy nie można już nic dopisać, lecz wtedy, gdy nie można niczego skreślić.
Mam wrażenie, że Maria Dłuska stoi właśnie przed tym etapem swojej twórczości. Jeśli odważy się na jeszcze większą dyscyplinę języka, nie rezygnując z wyobraźni, jej następny tom może okazać się książką nie tylko bardzo dobrą, ale naprawdę wybitną.
Tomasz Walczak









Komentarze