Rzecz o Romualdzie w tramwaju zwanym zakochaniem😊😊😊
- 4 kwi
- 6 minut(y) czytania
Romuald wstał lewą nogą. Lewą dłonią umył zęby, ogolił się lewą i lewą również zjadł śniadanie. Miał wrażenie, że spotka go dziś nieszczęście. Bo jakże by inaczej, skoro lewa stopa pierwsza dotknęła zimnej podłogi. Romuald dostał od losu to co i tak było dlań nieuchronne. Nieszczęście. Otóż biedak zakochał się w kobiecie. Trafiło go po piętnastej popołudniu, gdy wracał tramwajem z pracy. Było to tak potwornie i boleśnie banalne, że z jednej strony aż wstyd o tym mówić, ale opowiem wam.
Romi - tak go zdrobniale nazwałem, siedząc w tym żelaznym rydwanie współczesności, pełnym zmęczonych ciał wysysanych codziennością, ciężarem zakupów i wszechobecną rezygnacją, patrzył przed siebie omijając konkretne obiekty. Po prostu gapił się przez okno, nie zatrzymując wzroku na żadnym obiekcie. Jego zielone oczy odpoczywały od tabel, cyfr i nudnych, niekończących się zestawień bankowych. Pomiędzy jednym a drugim przystankiem, poczuł lekki głód, który załaskotał gdzieś pod żebrami. Już miał sięgnąć po maślaną bułkę by zjeść ją kompletnie bez gracji, obklejając się majonezem i serem, gdy zobaczył tę kobietę. Wisiała uczepiona drążka sterczącego niczym pylon na środku tramwaju i opierała o niego czoło. Oczy miała przymknięte i kołysała się lekko w rytm wystukiwany przez koła tramwaju. Przy każdym podskoku jej pełne piersi kołysały się pod koszulką nieznacznie, ona zaś otwierała lekko oczy by spojrzeć, który to przystanek. Romi odrzucił myśl o bułce z serem i majonezem i patrzył na nieznajomą w tramwaju jak w święty obrazek.
Nie wiedział czym tak naprawdę przyciągnęła jego wzrok. Nie była obdarzona tym powalającym pięknem, pięknem które kruszy starożytne kolumny, wywraca auta i wybija szyby. Piękne kobiety są tylko na pierwszych stronach kolorowych magazynów, ale do życia kompletnie się nie nadają. Ale ta w tramwaju była śliczna. Szarawe włosy, ani jasne, ani ciemnie, dotykały ramion miękkimi falami, rozcapierzając końce. Twarz proporcjonalna, pełne usta które przypominały mu usta Angeliny Jolie, można powiedzieć, że wyzywające gdyby tylko pokazała do tego kawałek piersi. W sumie kawałek piersi wszystko czyni wyzywającym. Kocie, zielone oczy, otoczone wytuszowanymi rzęsami słały melancholijne, ociężałe i zmęczone spojrzenia, gdy tylko raczyły się otworzyć. Szczupła szyja, można by na niej spokojnie zacisnąć dłonie, wpływała w ciało wąskimi ramionami obleczonymi w bladą skórę. Cała była taka mała, pełna spokoju i zmęczenia światem i wisząc bezradnie na tym drążku tramwajowym budziła w nim same opiekuńcze instynkty i niezłą erekcję. Romi poczuł silne pragnienie oderwanie jej od tego metalu. Chciał posadzić ją sobie na kolanach, by jechać do domu gładząc te mysie włosy, które zdawały się tak miękkie. Taką miękkością idealną, sugerującą zdrową dietę i dobry szampon.
Patrząc na nią szeroko otwartymi oczami(jej cały czas były złośliwie zamknięte), zaczął analizować nadchodzące uczucie, które falami uderzało w serce. Trzepotało teraz jak ptak, który spadł na drogę i nie może się podnieść pełen szoku i strachu, obijało się o klatkę żeber jakby ze złością i zniecierpliwieniem. Patrzył na tę małą kobietę i widział ich razem jedzących śniadanie. Widział jak zalewa wrzątkiem herbatę dla niej, rosząc kroplami wody poranne gazety. Widział jak ona kroi świeżą bułkę trzymając mocno nóż tymi małymi palcami, aż bieleją jej kostki. Wyobrażał sobie, że śmieje się przy tym głośno a wszystko dookoła błyszczy przez to, ociepla się i uwypukla. Dla jej śmiechu a może raczej przez niego. Widział jak wybierają sobie psa. On chciał mieć pieska ze schroniska. Mieszańca, uwielbiał kundle. Syndrom dzieciaka wychowanego na wsi pomiędzy kurami i kotami. Chciał żeby był mały i głośny, energiczny i odważny. Zamknął na chwilkę oczy. Chodzili między kratami, ona wkładała palce między pręty i głaskała aksamitne nosy psów. Oblizywały ją językami różowymi jak szynki, wyczuwały jej ciepło i wahanie. Były chciwe miłości i uwagi. Ona rozgląda się chaotycznie, oczy jej błyszczały, okręcała się na piętach. Miała silne pragnienie przytulić je wszystkie i wziąć do domu. Bawić się z nimi i panować przez jakiś czas nad ich życiem. By ocieplić ich samotność, chociaż one nawet nie są do końca świadome swego losu.
Widział ich razem uprawiających seks. Jak kochają się na dywanie w przedpokoju. Dziko, namiętnie, bez żadnych zahamowań. Jego miękkie włosy drapały jej plecy. A ona wierciła się trochę, jakby lekko poirytowana. Ale tylko trochę. Widział jej nagie piersi kołyszące się rytmicznie, zupełnie jak na tych wybojach w tramwaju. Widział jak ekstaza maluje rozkosz na jej twarzy. Stapiają się w jedno, jak dwa rozbite dotąd atomy błąkające się samotnie po atmosferze, jak dwa zagubione gołębie, które ktoś wyrzucił przez okno. Ogłupiałe szukają drogi powrotnej, a gdy ją znajdą ze szczęścia prawie pęka im serce. Chciał ją całować. Całować w czoło, splot słoneczny, gdy się unosi w czasie oddechu, w zakończenia palców pachnące przyprawą do rosołu, w zagłębienie na szyi, gdzie chowają się resztki perfum, w wystające obojczyki, które ukrywała pod satynowymi bluzkami. Wiedział, że troszkę się ich wstydzi. Niepotrzebnie. Chciał całować ją wszędzie i zawsze, do końca tej godziny i tej następnej, do końca dnia, tygodnia i miesiąca, do końca świata, aż do momentu gdy wszystkie asteroidy krążące w kosmosie zejdą nagle na kurs kolizyjny z Ziemią i obrócą ją w proch. To takie cudowne uczucie. Świadomość posiadania jej, posiadania na własność jej włosów i słów, wszystkich oddechów i myśli. Na własność. Ale z drugiej strony, gdy patrzył na tą kobietę w tym smutnym środku lokomocji powszechnej, poczuł dławiący go strach.
Strach, że zniknie. Że obudzi się w pościeli pachnącej potem i środkiem do płukania a ona będzie taka potwornie nie istniejąca. Nieobecna. Że nie napotka jej zielonych, smutnych oczu patrzących o piątej nad ranem w sufit, bo ona po prostu wyjdzie i zamknie za sobą drzwi. Zostawi go samego, samotnego, jedynego w łóżku aby umarł z żalu. Wiedział, że bez niej przestałby istnieć, stałby się pustą butelką po mleku, w której pływają już tylko muchy. Nie zniósłby tego. Nie zniósłby jej odrzucenia. Jakiekolwiek inne tak, matki, siostry, babki. Nawet brat mógłby go kopnąć w dupę. Ale nie ona. Jedyna, która pobudzała jego układ krążenia do wypuszczenia krwi na wycieczkę po tym marnym ciele. Romi zastanawiał się przez chwilę co by było, gdyby nie miał erekcji? Gdyby nie mógł się z nią kochać tak jak zazwyczaj, jak wcześniej, jak stagnacja im podpowiadałaby co niedzielę? Leżałaby na łóżku z tymi swoimi wielkimi oczami wpatrzonymi w niego, a on jak ten głupi miotałby się w swoim zażenowaniu. Pewnie powtarzałaby, że to nic i wszystko jest ekstra i świeci, ale pomyślałaby, że jest brzydka, i, że go nie podnieca, że coś się psuje między nimi, że ich miłość się zmniejsza i kończy. Znał to.
A co gdyby okazało się że ona ta, krucha kobieta ma jakieś mroczne tajemnice? Że zabiła swojego poprzedniego kochanka? Że ucięła mu łeb jak kaczce, spuszczając krew do kubeczka w serduszka? Że lubi wypruwać ludziom wnętrzności? Może te małe rączki, które obejmują twardo tę rurkę tak naprawdę mają wielką moc odbierania życia? Może ją to podnieca? Może krew między palcami podnosi jej ciśnienie i sprawia że majtki wilgotnieją? Albo coś mniej mrocznego nawet. Może siorbie, jak pije kawę? Nienawidził siorbaczy. Miał nieodparte pragnienie każdego takiego złapać za łeb i tak długo walić jego głową o stół aż mózg wypryśnie na ściany. Boże, gdyby siorbała umarłby z żalu, musiałby ją zostawić a wcześniej pewnie podbiłby jej oko albo złamał rękę.
A co gdyby była po prostu głupia? Głupia ignorantka oglądająca tylko programy o odsysaniu tłuszczu z pośladków lub o ślubach nieletnich Amerykanek. Nie znałaby Prousta, Hemingwaya czy Iwaszkiewicza. Nie wiedziałaby czym jest filozofia Tomasza z Akwinu lub Emmanuela Levinasa. Romi uważał ją za jedną z podstawowych, wręcz dla głupców napisaną, którą każdy może znać i którą każdy może zabłysnąć w towarzystwie innych ignorantów bywających na salonach kolejnych ignorantów. Niekończąca się spirala ignorancji. Nie zniósłby niedostatków jej umysłu. Zabiłyby go, wypatroszyły i rozwiesiły na ścianie jego bloku jak zdechłą wronę. Nienawidził głupców, debili wszelkiej maści, kabotynów spod budki z piwem i głupich kobiet. Według niego przymiotem kobiecości jest mądrość. Gdyby była głupia, a on wcześniej nieświadomie by ją pokochał to jego świat skończyłby się, wszystko straciłoby sens, mentalna asteroida rozbiłaby się o jego istnienie.
I tak siedział sobie Romuald w tym tramwaju, koleiny kołysały go prawie jak matka w ramionach. Myślał nad siłą strachu i siłą nadziei. Myślał jak walczą ze sobą gwałtownie te dwie walkirie wewnętrzne a każda ma swoje racje. I gdy tramwaj zbliżał się do przystanku, gdy zauważył jej lekkie ożywienie, bo już myślami była w domu, myła kubek i robiła sobie herbatę, podjął decyzję. Pozwolił jej wysiąść i iść do siebie. Porzucił pragnienie jej już na starcie.
Przemek Trenk



Komentarze