top of page

Prezent

Prezent

- Synku, co chcesz w tym roku pod choinkę?

-Trochę wolności!

- Może jednak jakiś sweterek albo szalik, tak łatwo łapiesz infekcje.

Nie wytrzymam tego. Znów się zaczyna.

Matka wpada w jakieś dziwne szaleństwo przedświąteczne. Sweterek?

Tak, najlepiej z Wielkim Ptakiem z ulicy Sezamkowej. Dokładnie taki sam jaki dostał Kewin albo szalik w ptaszki. Nie można normalnie powiedzieć sweter albo szal.

- No Filipku wybrałeś coś?

- Żonę! Chcę żonę - krzyknąłem z całych sił, licząc, że matka się odczepi.

- Syneczku, ale dlaczego tak krzyczysz? - powiedziała, głaszcząc mnie po głowie.

Odepchnąłem ją i pobiegłem do swojego pokoju, zamykając drzwi na klucz.

***

Leżałem na łóżku, gapiąc się uparcie w pęknięcie na suficie. Pękałem razem z nim. Znowu to samo. Święta, Wigilia, Kevin, pasterka. Są jeszcze prezenty i życzenia. Matka co roku życzy mi dużo zdrowia. Dlaczego nigdy nie życzy mi szczęścia? Święta niby rodzinne, a takie samotne. Tak, jestem samotny. Czegoś mi brak. Tej tak zwanej matczynej miłości mam po dziurki w nosie. Wiem, że jestem niewdzięczny, ale tak bardzo chciałbym mieć jeszcze kogoś do kochania. I tego kogoś właśnie chcę w tym roku pod choinkę.

Stukanie do drzwi przerwało moje refleksje nad jakże niesprawiedliwym losem. Zwlokłem się z łóżka i przekręciłem klucz. Do pokoju weszła mama i tym świątecznie podnieconym głosem zapytała:

- Filipku, nie wiesz, gdzie są bombki?

- Na choince - burknąłem pod nosem.

- Jak to na choince, przecież dopiero idziemy z Jerzym ją kupić? - dodała zdziwiona.

Otworzyłam skrzydło starej szafy po babci. Mina matki nie wyrażała potępienia raczej zmartwienie moim stanem umysłu, gdy ujrzała uschnięty badyl z kołyszącymi się na łysych gałązkach ozdobami.

- Miałeś ją przecież wyrzucić, zapomniałeś? Trzymasz ją tu przez cały rok? - dopytywała coraz bardziej zaniepokojona.

- Tak, towarzyszyła mi w usychaniu.

***

Kiedy kwestia zeszłorocznej choinki przechowywanej w szafie została wyjaśniona, matka jakby nie słysząc mojego rozpaczliwego tłumaczenia, przeszła do kontrataku.

- Wyrzuć ten badyl do śmietnika, tylko pozdejmuj ozdoby, wieczorem będziemy ubierać świąteczne drzewko. I posprzątaj tu trochę, przecież niedługo święta - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu i wyszła. Najpierw zamierzałem w ramach buntu rzucić się ponownie na łóżko, ale zmieniłem decyzję i postanowiłem jednak posprzątać. Pomyślałem, że "mój kawałek podłogi" powinien być czułą przestrzenią. Po dwóch godzinach, no trzeba przyznać, że pokój był mocno zapuszczony, poszedłem do łazienki, aby wziąć kąpiel. Nachyliłem się nad wanną, aby odkręcić kurek i zamarłam. Z dna spoglądały na mnie ogromne ślepia. Świąteczny karp. Spojrzałem na niego, nie dowierzając. Miałem wrażenie, że porusza otworem gębowym i coś do mnie mówi. Zdawało mi się, że wyraźnie usłyszałem: " Daruj mi życie, uratuj, a spełnię twoje największe marzenie" Już miałem wymówić życzenie i zabrać rybę, aby wypuścić ją do stawu, gdy naglę weszła matka:

- O, widzę, że zamierzasz oprawić karpia. To pięknie, że włączasz się do świątecznych przygotowań.

Gwałtownie wrzuciłem karpia z powrotem do wanny, sycząc przez zaciśnięte zęby:

- Znowu będziecie w domu urządzać rzeźnię, mamy XXI wiek. Rybę można kupić w sklepie już gotową do przygotowania na wigilijny stół.

- Synku, opanuj się, przecież to tradycja.

- Tradycja? To może fakt, że co roku do Wigilii zasiada z nami twój nowy facet, to też tradycja?

- Ty nic nie rozumiesz, za młody jesteś - krzyknęła.

- Nie jestem za młody, jestem zazdrosny - wycedziłem i wyszedłem, trzaskając drzwiami.

***

Wybiegłem z domu z zamiarem niewracania nigdy. Zdarzało mi się to często, ale zawsze wracałem, bo niby dokąd miałbym pójść ze swoją samotnością. Tu miałem chociaż swój pokój, w którym mogłem użalać się nad sobą do woli. Zrobiło się ciemno i zaczął padać śnieg, jakby czuł się zobowiązany by zachować tradycję. Nie zabrałem kurtki i zmarzłem porządnie. Nie pozostawało nic innego, jak wrócić do domu. Wszedłem do salonu. Matka z Jerzym ubierali choinkę. Nie przerywając, spojrzała na mnie i chłodno spytała:

- Przewietrzyłeś myśli, już ci przeszło? Może w takim razie dołączysz do nas?

- Mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego tak często zmieniasz partnerów?

-To proste - rzekła łagodnie - szukam szczęścia, chcę być kochana.

- Poprzednicy Jerzego nie spełniali twoich oczekiwań?

- Właśnie.

- Dlaczego? Piotr był super, można było z nim pogadać o wszystkim?

- Za dużo mówił.

Spojrzałem na Jerzego, który bez słowa wieszał ozdoby na choince.

- I dlatego zamieniłaś go na Jurka, bo on nie odzywa się wcale? Żałosne.

- On potrafi słuchać - oznajmiła i spojrzała na niego z taką czułością, że znów poczułem dziwne ukłucie zazdrości. Spuściłem głowę i poszedłem do swojego pokoju.

Spojrzałem za okno. Zrobiło się biało. W oknach błyszczały świąteczne drzewko, a po placu spacerowały przytulone pary.

W tym momencie postanowiłem zrobić coś szalonego. Postanowiłem napisać list.

***

Wigilia przebiegała jak zwykle w pozornie świątecznej atmosferze. Matka jak zwykle łamiąc się opłatkiem, życzyła mi zdrowia. Jerzy jak zwykle milczał.

Starałem się że wszystkich sił być miły, bo tak naprawdę lubię te święta. Jest w nich jakiś spokój i magia. Potrawy przygotowane przez mamę były wyborne. Ona naprawdę świetnie gotuje.

Pochwaliłem ją za to zupełnie szczerze. I wtedy stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Jerzy wstał, klęknął przed matką, wręczając jej pierścionek zapytał:

- Basiu, wyjdziesz za mnie?

Spojrzałem na mamę, łzy ciekły jej po policzkach. Przytuliła głowę Jurka i wyszeptała:

-Tak.

Nie wiem dlaczego, ale ja też się rozpłakałem:

- Gratuluję wam i...zazdroszczę.

- Filipku, musisz znaleźć sobie dziewczynę - powiedziała wyraźnie szczęśliwa mama.

- Ciekawe jak, skoro żadna nie wydawała ci się odpowiednia dla mnie? Ostatnia nie przypadła ci do gustu, bo ucierała majonez w lewą zamiast w prawą stronę.

Matka nie zdążyła odpowiedzieć w swoim stylu, bo zadzwonił dzwonek do drzwi. Wstała i poszła sprawdzić, co za niespodziewany gość do nas zawitał. Spojrzałem na Jerzego, wyciągnął do mnie rękę i powiedział:

- Będzie dobrze.

W tym momencie weszła mama, śmiejąc się, zapytała:

- Kto napisał list do Mikołaja?

Zdrętwiałem, za plecami matki zobaczyłem Mikołaja. "Ale jak to możliwe" - pomyślałem. Jurek spojrzał na mnie wymownie. Zrozumiałem. Tamtego wieczoru rzeczywiście napisałem list, prosząc świętego o miłość. Głupio i naiwnie łudziłem się, że może. Matka wysłała mnie po ostatnie zakupy, miałem go wrzucić po drodze do skrzynki, ale chyba został w domu. Potem o nim zapomniałem. Przecież to takie dziecinne wierzyć w św. Mikołaja.

Nagle gość zdjął maskę, a ja znieruchomiałem.

- Filip masz 36 lat i piszesz listy do Mikołaja, nie prościej było zadzwonić, czekałam?

Potem spojrzała na matkę i dodała:

- A majonezu robić nie będę. Po prostu go kupię, a ten czas poświęcę Filipowi.

Nagle chwyciła mnie za rękę I wyszeptała:

- Zabieram cię stąd, na zawsze.

Spojrzałem na matkę, obawiając się gromów, a ona uśmiechała się. Jurek zaś puścił do mnie oko.

Powiem wam, że cuda się zdarzają. Dostałem miłość pod choinkę. Mam swoją Jolkę do kochania


Aldona Jańczak

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń

Polityka prywatności

  1. Administratorem danych osobowych jest właściciel strony Przędza Słów.

  2. Dane osobowe zbierane są wyłącznie w celu realizacji usług, kontaktu z użytkownikiem oraz działań marketingowych, jeśli wyrazisz na to zgodę.

  3. Dane nie są udostępniane osobom trzecim, z wyjątkiem podmiotów uprawnionych na podstawie przepisów prawa.

  4. Masz prawo dostępu do swoich danych, ich poprawiania oraz żądania usunięcia.

  5. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do korzystania z niektórych funkcji strony.

  6. Strona korzysta z plików cookies w celu poprawy jakości usług i analizy ruchu.

  7. W sprawach związanych z ochroną danych osobowych możesz skontaktować się poprzez formularz kontaktowy na stronie.

Kontakt

Przędza Słów

 

© 2025 by Przędza Słów. Powered and secured by Wix

 

bottom of page