top of page

Między snem, dźwiękiem a służbą – rozmowa z Jarkiem Juchniewiczem

  • 30 gru 2025
  • 10 minut(y) czytania

Jarosław Juchniewicz – poeta i muzyk, emerytowany policjant. Autor jedenastu tomików poetyckich wydanych w latach 2010–2025, laureat konkursów literackich, uczestnik spotkań autorskich, publikujący zarówno w prasie, jak i w radiu. Tworzy poezję zanurzoną w snach, przeżyciach i ciszy po emocjach — ale też w dźwiękach gitary, która często towarzyszy jego słowom. Rozmawiamy o pasjach, łączeniu pisania z muzyką i tym, jak poezja może wyrastać z codzienności.


Początki i inspiracje


– Jarku, za Tobą dwa światy – mundur i poezja. Kiedy i jak zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem?

Czy pamiętasz ten moment, gdy po raz pierwszy poczułeś, że słowo może wyrazić więcej niż rozmowa czy melodia?


J.J. Moja historia z pisaniem zaczęła się przypadkowo, przynajmniej tak uważam. W czasach liceum, na początku lat 90 z kolegami z osiedla założyliśmy zespół punk-rockowy i do tworzonej muzyki brakowało tekstów, których kilka napisałem i tak się zaczęło. Robiliśmy swoją muzykę więc teksty były potrzebne i nie spodziewałem się po sobie, że jestem w stanie coś napisać, ale jakoś „poszło”. A potem pojawił się jakiś zawód miłosny, cierpienie, smutek i zacząłem wyrzucać swoją rozpacz na papier i tak już zostało. Od tego czasu pisałem dużo, wszystko do szuflady. Nie interesowałem się, w jaki sposób piszę, nie byłem „biegły” z języka polskiego w szkole, ale uwielbiałem lekcje, podczas których analizowaliśmy wiersze, w tej kwestii czułem się jak ryba w wodzie. Chociaż zawsze interpretowałem po swojemu, praktycznie nigdy z tzw. Klucza, co nie raz kończyło się niską oceną z przedmiotu. To właśnie w tym momencie zdałem sobie sprawę, że słowo ma wielką moc i można wiele nim zdziałać, tzn. powiedzieć, przekazać zupełnie inaczej niż podczas zwykłej rozmowy czy zagrania konkretnego utworu muzycznego.



Poezja, muzyka i doświadczenie


– Byłeś policjantem, dziś jesteś poetą i muzykiem. To dość niezwykłe połączenie – jak odnajdujesz w tym wspólną nutę?


J.J. Tak, byłem policjantem. Od dziecka chciałem nim być. Zawsze chciałem pomagać. Wiadomo, że już w środku resortu wygląda to całkowicie inaczej, ale taki był mój wybór na pewnym etapie życia i absolutnie tego nie żałuję. Kiedy tylko pojawiła się możliwość, aby wstąpić w szeregi Policji uczyniłem to bez wahania. Nigdy nie pisałem o Policji, bez przesady. Ale muszę tu zaznaczyć, że codzienna służba przynosiła masę pomysłów na wiersze. Te wszystkie emocje, sytuacje, z którymi się spotykałem podczas służby powodowały, że moim sposobem na wyrzucenie tego wszystkiego z siebie było pisanie. Te emocje nagromadzone podczas służby „reprezentowały” praktycznie każdy stan ducha: radość, smutek, żal, obawę, lęk, rozpacz, najgorsze były sytuacje związane ze śmiercią, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. I to musiało znaleźć upust i znalazło: z głowy, przez palce, na papier. Jeden wiersz można powiedzieć, że był nie tyle o Policji co o moim serdecznym koledze, z którym niejednokrotnie wspólnie patrolowaliśmy miasto, ale niestety , w młodym wieku przegrał walkę z rakiem i dla niego napisałem jeden, konkretny wiersz. Więc w skrócie, odpowiadając na pytanie, wszystko można ze sobą połączyć.


– Czy granie na gitarze i śpiew wpływają na rytm Twojej poezji? Czy słyszysz w wierszach „wewnętrzną muzykę”?


J.J. Szczerze powiem, że jeśli chodzi o śpiew to wolę nie śpiewać, wolę grać. Ale jak najbardziej, czasami pisząc konkretne wersy, samoistnie gdzieś tam układa mi się jakiś zarys melodii, gdzieś tam po cichu nucę sobie, ale zazwyczaj nie piszę pod muzykę. To przychodzi troszeczkę później, jeśli bardzo chcę „wyśpiewać” swoje wersy, biorę instrument i zaczynam „plumkać”. Mam jeszcze trochę łatwiej, bo czasami akompaniują mi synowie, którzy grają również na gitarze i perkusji, więc skład kapeli jest gotowy.


–A więc zdarza Ci się łączyć poezję z muzyką — recytować, a może śpiewać własne teksty?


J.J. Tak, czasami zdarzyło mi się to zrobić, ale było to w tzw. w wersji roboczej. Nigdy nie przygotowywałem repertuaru ze swoimi tekstami. Kilka osób wykorzystało moje teksty do własnych kompozycji i to wystarczy. Oczywiście nie mówię – nie, bo wiem, że ten moment nadejdzie, kiedy na poważnie usiądę i ułożę muzykę do kilku moich wierszy tworząc jakiś „pakiet” na spotkania autorskie. Ale jeszcze do tego nie przysiadłem, nie czuję, że muszę to zrobić czy chcę zrobić. Aby to zrobić muszę otrzymać tzw. wewnętrznego kopa, wtedy nie będę się zastanawiał tylko od razu przystąpię do pracy, bo uderzenie weny jest najważniejsze i to będzie właśnie ta chwila.


Jedenaście tomików i piętnaście lat drogi


– Od tomiku „Z mojej bańki zwykłe sny” po „Jeszcze JESTEM” – to już kawał poetyckiej wędrówki. Jak patrzysz dziś na swoje pisanie sprzed lat?


J.J. Zgadza się, patrząc z perspektywy mojego początku z pisaniem, to szmat drogi. Na swoje pisanie sprzed lat patrzę różnie. Po pierwsze, czytając jakieś pierwsze teksty czasami jestem zły na siebie, że pisałem na taki temat i to w taki sposób i wiem, że dzisiaj na pewno tak bym nie napisał, ale akceptuję to w pełni, bo wiem, że to „coś” wyszło z mojego serducha, z mojego przeżywania, z mojego życia. Po drugie, patrząc na wcześniejsze teksty uśmiecham się do siebie i z podziwu wyjść nie mogę, że odważyłem się na poruszenie jakiegoś tematu i to w formie wiersza, ale jak wspominałem wcześniej słowa to magia i moc, i ja to wiedziałem na początku drogi i od czasu do czasu wykorzystywałem siłę słowa, aby przekazać treści bardziej mocno i obrazowo. Po trzecie, czytając pierwsze teksty widzę jaką drogę przeszło moje pisanie, wyraźnie widzę jak moje myśli, litery i słowa przechodziły metamorfozę i jak zmieniał się przede wszystkim warsztat pisarski.


– Który z tomików był dla Ciebie przełomem, a który najbardziej osobistym zapisem?


J.J. Tak naprawdę każdy z moich tomików to moje ukochane dziecko. W każdym z nich znajdują się moje lustrzane odbicia, wszystko w nich jest autentyczne. Ten przełom, o który pytasz pojawił się w tytule jednego z tomików „Metamorfozy”. Już w tym tomiku najzwyczajniej w świecie zacząłem troszkę inaczej pisać, może bardziej warsztatowo inaczej, bo tematyka zawsze dotyczy człowieka i wszystkich aspektów jego życia. Możemy też śmiało mówić o przełomie od tej właśnie książki, ponieważ wszystkie poprzednie – ich nazwy – związane byłe ze snem. Motyw snu, w różnych słowach pojawiał się w tytułach tomików.

Ale gdybym musiał wskazać tak na siłę, tomiki, które są najbardziej moim osobistym zapisem mojego kodu DNA, to 2 ostatnie „Transmisja” oraz „Jeszcze JESTEM”. To zbiory wierszy podzielone na konkretne rozdziały, ale po ich lekturze raczej każdy będzie wiedział kim jestem, jak funkcjonuję, co mnie nurtuje, kim jest dla mnie człowiek, czym jest śmierć, miłość, nienawiść i zobaczy, że ciągle poszukuję odpowiedzi na pytania, bo odpowiedzi zawarte w tych tomikach nie są wystarczające. A to dlatego, że pisząc dany wiersz na dany temat wskazuję w nim odpowiedź i uważam, że już niczego nie da się dodać lub nie ma innej odpowiedzi, ale po czasie znajduje inne wyjaśnienie na nurtujące mnie pytania.


– Motyw snu przewija się przez wiele tytułów – „Sny z promieni mroku”, „Hipersomnia”, „Narkolepsje”. Skąd ta fascynacja światem na granicy jawy?


J.J. Sen to dopiero moc i najprawdziwsza magia. „Z mojej bańki zwykłe sny”, „Sny z promieni mroku”, „Prześnione w czeluściach”, „Sennowłóczy ja”, „Narkolepsje”, „Hipersomnia”. Fascynacja sennym światem do dzisiaj mnie nie opuściła. Dużo czytałem na temat snu, na temat funkcjonowania mózgu podczas snu, na temat kontrolowania snów itp. itd. W snach mogę zrobić wszystko: wznieść się do nieba, latać, siłą wzroku przenosić przedmioty, na jedną myśl znaleźć się w jakimś konkretnym miejscu a przede wszystkim, mogę rozmawiać z tymi, których już nie ma obok mnie. W snach mogę też dobitniej powiedzieć komuś – co myślę o nim, co myślę na konkretny temat, dlatego w tomikach używałem słów z pogranicza jawy i snu. Taki oniryzm z premedytacją.


Proces twórczy


– Jak wygląda Twoje pisanie – bardziej planujesz, czy raczej zapisujesz, kiedy „przychodzi fala”?


J.J. Jeśli chodzi o planowanie to tylko sytuacje związane konkretnie ze mną, Czyli np. teraz, obecny czas, bo postanowiłem, że stworzę jakieś rymy, aby podsumować swoje pół wieku na świecie, zaplanowałem, zrobiłem. Ale cała reszta tworzenia, to tak jak to nazwałaś „z falą”. Kiedy przychodzi ten moment uderzenia myśli, od razu zapisuję. Czasami idzie praktycznie cały wiersz, czasem tylko te główne obrazy, które się pojawiają i po chwili, gdy „dotyk weny” gaśnie, siadam i rozwijam, albo skracam, albo dorzucam rymy, albo robię wiersz wolny, w zależności od tematu, nastroju i siły twórczej. Nigdy nie piszę na siłę, czyli coś w stylu – dawno nic nie napisałem więc dzisiaj muszę coś napisać, bo to nie ma duszy. Siedzenie, patrzenie w sufit i wymyślanie wiersza mija się z celem. To musi przyjść samoistnie, z twojego wnętrza, wtedy to „coś” jest autentyczne, rodzi się tak naprawdę. Nawet podczas jazdy samochodem, gdy pojawia się „dotyk” myśli, najczęściej zatrzymuję się na najbliższym parkingu i zazwyczaj w telefonie zapisuję kilka słów, czy zdanie, aby nie uciekło, bo tak na serio, to pierwsza myśl, która się pojawia jest najważniejsza, ona ukierunkowuje co napisze się dalej. Często w nocy również muszę coś zapisać, bo nie zasnę, bo obrazy przelatujące przez głowę nie dadzą mi spokoju. Dopiero, gdy zapiszę to co mi się w głowie „wyświetliło”, robi się spokojnie w środku i wtedy można zasnąć. Tak to u mnie działa.


– Są dni, kiedy łatwiej chwycić za gitarę niż za długopis?


J.J. Oczywiście, że tak. Są takie dni. To nie jest tak, że codziennie piszę po kilka wierszy. Zdarza się, że w pisaniu mam np. dwudniową przerwę (nie miałem nigdy dłuższych chwil bez pisania, ale szczerze powiem, że chciałbym dłużej odsapnąć, ale wena mi nie pozwala). W takich chwilach bardzo często sięgam po gitarę, czasem po klawisze, a czasami zakładam słuchawki na uszy i przenoszę się w świat wyobraźni, w którym muzyka układa moje porozrzucane emocje i koi moje nerwy.


– Masz swoje rytuały artystyczne? Cisza, noc, kawa, dźwięk strun?


J.J. Tak naprawdę nie mam konkretnych rytuałów podczas pisania. Mam swoje ulubione miejsce, w małym pokoiku przy biurku, w otoczeniu zdjęć z przeszłości, ale zazwyczaj jak piszę to w każdym miejscu. Wtedy po prostu się wyłączam. Nie musi być ciszy, ja w trakcie pisania jestem w transie, niczego nie widzę wokół, nikogo nie słyszę. Mam przed sobą kartkę i ołówek. Dopiero po uzewnętrznieniu myśli powracam do świata żywych i wtedy, nie ukrywam, że kawa smakuje o wiele lepiej. Chociaż lubię pisać w takim półmroku, nie w pełnym świetle.


Publikacje i kontakt z odbiorcą


– Publikowałeś w „Angorze”, „Gazecie Kołobrzeskiej”, „Kurierze bytowskim”, byłeś obecny w Radiu Koszalin, Radiu MagMa i antologiach – także polsko-hiszpańskim „Logos”. Jakie medium daje Ci największą satysfakcję – druk, dźwięk, a może kontakt na żywo podczas spotkania autorskiego?


J.J. Obecność w każdym medium daje frajdę i poczucie tego, że skoro tam się pojawiło, to musi przedstawiać jakąś treść. Lubię audycje na falach radiowych, bo uwielbiam słyszeć interpretację recytujących moje wiersze. Niejednokrotnie byłem pozytywnie zaskoczony, że niektóre wersy można przeczytać właśnie w taki sposób. Ale najbardziej lubię bezpośredni kontakt z czytelnikiem. Ma to miejsce podczas spotkań autorskich, spotkań z młodzieżą szkolną, z seniorami, ale też podczas comiesięcznych spotkań Klubu Literackiego WERS, którego jestem przewodniczącym. Kontakt na żywo z czytelnikami podczas spotkań autorskich to dla autora coś znacznie więcej niż tylko promocja książki. Autor ma okazję zobaczyć, jak jego tekst działa „w realu”, co czytelników porusza, bawi, zastanawia. Dzięki pytaniom i rozmowom zyskuje się inną perspektywę na własną twórczość. Spotkania budują też autentyczną relację, czytelnik widzi człowieka stojącego za książką, autor przestaje być tylko nazwiskiem na okładce, tylko jest tu i teraz, razem z nimi. To zawsze daje poczucie sensu i motywuje do dalszego pisania.


– Na Twoich spotkaniach autorskich często pojawia się muzyka. Czy połączenie słowa i dźwięku to naturalna droga, jaką chcesz dalej podążać?


J.J. To bardzo dobre połączenie. Prezentacja utworów poetyckich z dźwiękiem i muzyką podczas spotkania autorskiego mocno pogłębia odbiór usłyszanego tekstu. To nie musi być muzyka z tekstem, który był przeczytany wcześniej, ale utwór muzyczny z podobnym przesłaniem. Tak staram się zazwyczaj robić. Muzyka podkreśla emocje zawarte w wierszach, tworząc charakterystyczny klimat. Dźwięki mogą prowadzić dialog ze słowem, wzmacniać napięcie, łagodzić je lub dać nową interpretację. Wówczas odbiór jest bardziej bezpośredni, a wiersze zapadają głębiej w pamięć. Często po takich spotkaniach, podczas rozmów z uczestnikami słyszę dobre słowa na temat przeplatania prezentowanych tekstów z muzyką.

Konkursy, środowisko i wspólnota


– Masz na koncie sporo laurów poetyckich. Jak odbierasz konkursy – jako wyzwanie, sprawdzian, czy sposób, by dotrzeć do nowych czytelników?


J.J. Konkursy poetyckie odbieram jako połączenie wszystkich tych elementów. Z jednej strony są wyzwaniem, ponieważ mobilizują do dopracowania tekstu i spojrzenia na niego bardziej krytycznie. Z drugiej to pewien sprawdzian, możliwość skonfrontowania swojej twórczości z innymi. Jednocześnie traktuję je także jako drogę do nowych czytelników, dzięki konkursom wiersze trafiają do ludzi, którzy inaczej pewnie by na nie nie trafili. Dlatego podchodzę do nich z wdzięcznością, ale i spokojem, to ważny element drogi twórczej, choć na pewno nie jedyny.

Nadmieniam, że po rozstrzygnięciach konkursowych, kiedy nie zdobywam żadnych laurów i wyróżnień, nie płaczę ze złości, nie walę pięściami w stół. Traktuję to jako dobrą zabawę.


– Czy środowisko literackie wspiera Twój rozwój, czy raczej to samotna droga – taka wędrówka przez własne światy?


J.J. To trochę jedno i drugie. Lokalne środowisko literackie daje mi poczucie, że jestem częścią większej wspólnoty, wymiana doświadczeń, rozmowy o tekstach, wspólne wydarzenia sprawiają, że rozwijam się szybciej i odważniej. To ważne wsparcie. Jednocześnie pisanie pozostaje drogą bardzo samotną, bo wiersze powstają w przestrzeni wewnętrznej, do której nikt inny nie ma dostępu. Ta „wędrówka przez własne światy” jest naturalną częścią procesu twórczego. Dlatego łączę oba doświadczenia, cenię obecność ludzi literatury obok mnie, ale wiem, że ostatecznie każdy tekst muszę przejść i przeżyć sam.

Plany i dalsze marzenia


– Pracujesz nad nowym tomikiem lub muzycznym projektem?


J.J. Pomysły na muzykę są zawsze i wszędzie. Aktualnie gram w zespole mojego syna, ponieważ potrzebował wsparcia, więc pomagam. Po drugie razem z kolegami powróciliśmy w świat punk-rockowych nut po prawie 2-letniej przerwie. Jest co robić jeśli chodzi o muzykę.

A propos tomiku – najnowszy ukazał się w sierpniu 2025 r. Pomysły są, materiał już jest, chociaż cały czas tworzę nowe wiersze, aby móc potem wybrać, te które będą idealnie pasowały do mojego planu. Wydaje mi się, że pojawi się jeszcze jeden tomik, ale chwilę z tym poczekam. Może końcówka 2026 r lub początek 2027r. Pożyję i zobaczę.


– Czy chciałbyś w przyszłości połączyć oba światy – wydać poetycko-muzyczny album?


J.J. Tak na serio nie zastanawiałem się nad tym. Jestem pewny, że jeśli pojawi się taka możliwość to na 100% z niej skorzystam i coś takiego stworzę. Jak to się mówi: nigdy nie mów nigdy. Mam dopiero 50 lat (śmiech), więc jeszcze sporo czasu przede mną (mam nadzieję), aby taki projekt stał się faktem.


– I najważniejsze na koniec – czego chcesz, by czytelnik (albo słuchacz) doświadczył po spotkaniu z Twoją twórczością?


J.J. Chciałbym, żeby po spotkaniu z moją poezją czytelnik (albo słuchacz) poczuł, że coś w nim zostało poruszone. Nie chodzi o jakieś eksplozje emocji, raczej o taki cichy ślad, myśl, pytanie, obraz, który wraca. Mam nadzieję, że moje wiersze pomagają zatrzymać się na chwilę, zajrzeć głębiej w siebie albo zobaczyć świat pod innym kątem. Jeśli ktoś po spotkaniu z moimi wierszami wychodzi z takim wewnętrznym poruszeniem, to znaczy, że ta podróż przez wersy miała sens.


Wywiad z Jarkiem Juchniewiczem zamyka się w cichej refleksji nad siłą słowa i dźwięku, które splatają się w jego życiu jak struny gitary z policyjnym mundurem i światem snów. Ten poeta-muzyk pokazuje, że autentyczna twórczość rodzi się nie z planów, lecz z fali emocji – tych z służby, z nocy czy z pierwszej miłości – i kwitnie w kontakcie z czytelnikiem, gdy wiersz porusza coś głębokiego, zostawiając ślad na dłużej niż echo. W jego słowach brzmi nadzieja: nawet po półwieczu drogi, z nowymi tomikami i punk-rockowymi nutami na horyzoncie, poezja wciąż pyta o sens, miłość i śmierć, zapraszając nas do własnej wędrówki przez własne światy.


Rozmawiała Agnieszka Dyszak

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń

Polityka prywatności

  1. Administratorem danych osobowych jest właściciel strony Przędza Słów.

  2. Dane osobowe zbierane są wyłącznie w celu realizacji usług, kontaktu z użytkownikiem oraz działań marketingowych, jeśli wyrazisz na to zgodę.

  3. Dane nie są udostępniane osobom trzecim, z wyjątkiem podmiotów uprawnionych na podstawie przepisów prawa.

  4. Masz prawo dostępu do swoich danych, ich poprawiania oraz żądania usunięcia.

  5. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do korzystania z niektórych funkcji strony.

  6. Strona korzysta z plików cookies w celu poprawy jakości usług i analizy ruchu.

  7. W sprawach związanych z ochroną danych osobowych możesz skontaktować się poprzez formularz kontaktowy na stronie.

Kontakt

Przędza Słów

 

© 2025 by Przędza Słów. Powered and secured by Wix

 

bottom of page