Na dnie popiołu - dramat😪😪😪 ostatnie sceny i post scriptum
- trenku

- 4 dni temu
- 11 minut(y) czytania
Scena 3
Strażnik otwiera masywne drzwi i Trenk wchodzi do środka.
TRENK
Dzień dobry panie Grzegorzu.
Piotrowski leży na pryczy i leniwym tonem odpowiada:
PIOTROWSKI
Dzień dobry.
TRENK
Słyszałem, że pana przenoszą.
PIOTROWSKI
Tak. Ale to dobrze. Nie lubię zbyt długo siedzieć w jednym miejscu. To moje czternaste więzienie. Mam nadzieję, że to, do którego mnie wkrótce przeniosą, będzie moim ostatnim. Byłoby co świętować. Piętnaście lat kary w piętnastu różnych pierdlach.
Piotrowski uśmiecha się do Trenka.
TRENK
Ma pan specyficzne poczucie humoru.
PIOTROWSKI
Lata pracy w resorcie panie Trenk. Pozwoli pan, że zadam pytanie, które zawsze zadaję panu na wejściu?
TRENK
Tak. Mam. Dzisiaj przyniosłem panu cztery paczki Marlboro.
PIOTROWSKI
Aż cztery? Czym zasłużyłem na taką hojność z pańskiej strony?
TRENK
Tylko bez sarkazmu panie Piotrowski.
Trenk wyjmuje z torby dyktafon i podaje Piotrowskiemu papierosy.
TRENK
Proszę bardzo.
PIOTROWSKI
Dziękuję. To co? Zapalimy?
TRENK
Chętnie. Ale ja jak zwykle Chesterfieldy.
Obaj przypalają papierosy. Piotrowski głęboko zaciąga się dymem i zwraca się do Trenka:
PIOTROWSKI
Dzisiaj nasze ostatnie spotkanie prawda? Niech zgadnę. Dali panu zaledwie godzinę prawda?
TRENK
Tak.
PIOTROWSKI
Mamy trochę mało czasu panie Trenk, więc niech pan włączy dyktafon i pyta.
Trenk zaciąga się papierosem, włącza dyktafon i stawia go na stoliku.
TRENK
Panie Piotrowski. Dlaczego prokurator Witkowski został wykluczony z prowadzenia śledztwa?
PIOTROWSKI
Witkowski to jeden z najlepszych prokuratorów w Polsce. Gdy przydzielono mu sprawę księdza Popiełuszki, postanowił dociec prawdy, bez względu na konsekwencje. W toku śledztwa, zaczął odkrywać niespójności w naszych zeznaniach. Uważnie prześledził proces w Toruniu i stwierdził, zresztą słusznie, że proces w Toruniu był jedna wielką farsą. O wynikach jego śledztwa poinformowano odpowiednie osoby, które pociągnęły za sznurki, w efekcie czego Witkowski został odsunięty. Jak już panu wspomniałem wcześniej, prawdziwi mordercy Popiełuszki, wciąż żyją i mają się świetnie. Zrobią wszystko, aby prawda o tym, co się stało 19 października osiemdziesiątego czwartego, nigdy nie wyszła na jaw. Domyślam się, że Witkowski jeszcze nie powiedział ostatniego zdania. Mam przeczucie, że on wie więcej niż nam się wydaje.
TRENK
Ale przecież oni wiedzą o pańskim raporcie z tamtych dni. Tym raporcie, który pan ukrył.
PIOTROWSKI
Owszem wiedzą. Dlatego nic mi nie zrobią, a już na pewno nie zabiją. Wiedzą, czym to grozi. Dzierżę w dłoni potężną broń przeciwko nim.
TRENK
Rozumiem, że ma pan na myśli właśnie ów raport?
PIOTROWSKI
Nie panie Trenk. Mam na myśli ich strach. Strach, który nie pozwala im spokojnie spać. Strach, który towarzyszy im każdego dnia. Wiem, że się boją. Gdyby ten raport ujrzał światło dzienne…
Piotrowski przerywa zdanie i gasi papierosa.
TRENK
Panie Piotrowski. Z informacji, do których udało mi się dotrzeć, wynika, że dwa dni po waszym aresztowaniu, do pańskiej celi zakwaterowano kapitana SB Adama Hodysza, a do celi Chmielewskiego, kolejnego esbeka Piotra Siedlińskiego. Próbuję dociec, jak to możliwe, skoro byliście pod specjalnym nadzorem, a każdy z was miał osobną celę? Byliście pilnowani dwadzieścia cztery godziny na dobę, cały areszt śledczy był obstawiony szczelnym kordonem milicji, która nie pozwalała zbliżyć się nawet na odległość kilku metrów do murów aresztu. No i wszystkich więźniów siedzących wówczas w areszcie, wywieziono do Inowrocławia. Po co ten cały cyrk? Może mi pan to jakoś wyjaśnić?
PIOTROWSKI
Jakim cudem dotarł pan do tych informacji?
TRENK
Nieważne. Jak pan widzi, ja również mam dostęp do tajnych informacji. Co pan wie o kapitanie Hodyszu?
PIOTROWSKI
Hodysz do SB trafił przez przypadek. Z wykształcenia jest matematykiem tak jak ja. Przyjął propozycję pracy w resorcie z powodów stricte przyziemnych. Chodziło o mieszkanie. Został zatrudniony w kontrwywiadzie. Przydzielono mu obowiązki inwigilowania cudzoziemców, którzy rzadko odwiedzali PRL . Miał dobrą opinię, w pracy, osiągał bardzo dobre wyniki, zwłaszcza jeśli chodzi o przestępstwa gospodarcze. Krótko po naszym aresztowaniu udowodniono mu, że współpracował z opozycją. SB dawno miała go pod ścisłą obserwacją. Wiedzieli o jego działalności w podziemiu. Zapalimy?
TRENK
Z przyjemnością.
Obaj przypalają papierosa i zaciągają się dymem.
TRENK
Niech pan kontynuuje panie Grzegorzu.
PIOTROWSKI
Hodysz swoje pierwsze zlecenie wiążące się ze zwalczaniem opozycji dostał cztery lata po rozpoczęciu pracy w kontrwywiadzie. Na kilka dni został oddelegowany do śledztwa mającego na celu wykrycie inicjatorów zwołania wiecu na Uniwersytecie Gdańskim w marcu tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym nie brał bezpośredniego udziału w represjach wobec sprawców tzw. wypadków grudniowych. Pierwsze poważniejsze rozterki dopadły go dopiero w połowie lat siedemdziesiątych. Polska, według oficjalnej propagandy „rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Jednak rozdźwięk między propagandą a rzeczywistością dla Hodysza stawał się coraz bardziej widoczny. Zaczął mieć wątpliwości, co do ustroju komunistycznego. Pracownicy SB w odróżnieniu od większości społeczeństwa byli w uprzywilejowanej sytuacji, znali bowiem bardziej zróżnicowany obraz rzeczywistości. Hodysz miał dostęp do rzadkiego dobra, jakim była prasa zachodnia oraz wydawnictwa bezdebitowe. Przełom nastąpił wraz z powstaniem Komitetu Obrony Robotników po wypadkach radomskich w czerwcu tysiąc siedemset dziewięćdziesiąt sześć roku. Hodysz dojrzewał do podjęcia ostatecznej decyzji o nawiązaniu współpracy z opozycją jeszcze dwa lata. Dwunastego grudnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego SB przesłuchiwała Aleksandra Halla. Po przesłuchaniu Hodysz odprowadzał współtwórcę Ruchu Młodej Polski. Opowiedział mu wówczas o swoich rozterkach moralnych i zaproponował spotkanie. Hall, kompletnie zaskoczony, podejrzewał, że może to być prowokacja. Przyszedł jednak na umówione miejsce. Hodysz ostrzegł wtedy, że w otoczeniu Andrzeja Gwiazdy i Bogdana Borusewicza działa agent, a SB planuje zatrzymanie przed rocznicą grudnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czołowych opozycjonistów. Co ciekawe, Hodysz z racji pełnienia swoich obowiązków, nie powinien mieć dostępu do takich informacji. Ale funkcjonariusze w swoim gronie często nie zachowywali tajemnicy i przechwalali się swoimi agentami oraz akcjami. Zwłaszcza, gdy na stole królowała gorzała.
TRENK
Tak właśnie wzięła w łeb akcja „Triangolo”. Proszę kontynuować.
PIOTROWSKI
Sierpień tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt w sytuacji Hodysza wiele nie zmienił. W Polsce trwał, można by rzec. karnawał „Solidarności”, a Hodysz już wówczas przestrzegał opozycjonistów, że „firma pracuje na pełnych obrotach”. Dwunastego grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego przekazał ostrzeżenie, że SB wprowadziła stan podwyższonej gotowości.
TRENK
Gotowości na co?
PIOTROWSKI
Na masowe aresztowania i internowania największych szczekaczy antyradzieckich. W tym Popiełuszkę i Małkowskiego. Przemęczenie i stres, których Hodysz nie potrafił ukrywać sprawiły, że z czasem zaczął niemal demonstracyjnie lekceważyć swoje obowiązki. Na przykład, w czasie przeszukania „zapominał” sprawdzić piwnicy. Prowadzone przez niego przesłuchania nie posuwały śledztw naprzód. „Zaobserwowano obniżenie osobistego zaangażowania opiniowanego i związany z tym spadek efektywności” – napisano w opinii służbowej. Dwudziestego drugiego września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego jego przełożeni, m.in. generał Płatek, byli już zniecierpliwieni do tego stopnia, że skierowali wniosek o obniżenie mu poborów. SB już wcześniej zorientowała się, że część tajnych informacji wycieka do opozycji. Wiosną tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego. przyjaciółka Aleksandra Halla Matylda Sobieska (TW „Andrzej”) poinformowała SB, że Hall spotyka się z kimś z „firmy”. Hodysz jednak, jako osoba niemająca dostępu do akt operacyjnych, długo pozostawał poza podejrzeniami. Piątego września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego poprosił o przeniesienie na emeryturę, po dwudziestu latach służby. Doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że pętla wokół niego się zaciska. Przełomowe wydarzenie w poszukiwaniu kreta „Solidarności” miało miejsce, zanim jeszcze złożył wniosek o zwolnienie ze służby. Dziewiętnastego stycznia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego Piotr Siedliński, szeregowy esbek, który nota bene dostarczał Hodyszowi informacji, zaproponował współpracę w przekazywaniu informacji porucznikowi Maciejowi Roplewskiemu. Gorzej już kurwa nie mógł trafić! Roplewski był ideowym komunistą, wierzącym w ustrój komunistyczny i w ZSRR. Natychmiast o tej propozycji powiedział swoim przełożonym. Z Warszawy przyjechała specjalna grupa operacyjna. Podejrzewano, że gdańska SB jest cała naszpikowana agentami „S”. Zwłaszcza że Siedliński w rozmowie z Roplewskim mówił o dużej grupie funkcjonariuszy. W końcu ustalono, że głównym kretem jest Hodysz. Ten miał świadomość, co się dzieje. Dwa dni po naszym aresztowaniu, trafił pod moją celę. Piatego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego Sąd Najwyższy skazał Hodysza na sześć lat więzienia i sto dwadzieścia tysięcy złotych grzywny. Jak bardzo zmieniła się sytuacja w Służbie Bezpieczeństwa, świadczy chociażby dokument z dwudziestego maja osiemdziesiątego piatego. Gdańscy esbecy wcale nie cieszyli się, że Hodysz wpadł dzięki Roplewskiemu. Wręcz przeciwnie, Roplewskiego ze strony kolegów zaczęły spotykać nieprzyjemności. Hodysz nie odsiedział całej kary. Po naszym procesie przewieziono go do więzienia w Koszalinie skąd wyszedł Trzydziestego grudnia osiemdziesiątego ósmego. Ówczesna władza szykowała się do Okrągłego Stołu. „’Solidarność’ podziwia i dziękuje panu” - tak powitał go Lech Wałęsa. Hodysz miał mu wtedy przypomnieć, że poznali się w siedemdziesiątym dziewiątym, tuż po zatrzymaniu Wałęsy na czterdzieści osiem godzin. „Nie pamiętam” - odparł Wałęsa. Hodysz nie usiedział długo na „bezrobociu”. Za namową przyjaciół złożył podanie o pracę w UOP. Został szefem gdańskiej delegatury. Pierwszego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego. Tego dnia w delegaturze pojawili się funkcjonariusze szukający akt „Bolka”. Kluczową postacią okazał się porucznik Krzysztof Bollin, który już wcześniej odkrył, gdzie są dokumenty związane z Lechem Wałęsą.
TRENK
Wałęsa był agentem SB? Niemożliwe.
PIOTROWSKI
Pozwoli mi pan dokończyć?
TRENK
Przepraszam.
PIOTROWSKI
Czwartego czerwca dziewięćdziesiątego drugiego Antoni Macierewicz, właśnie na podstawie tych dokumentów, ogłosił, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB. Bollin, przed wysłaniem akt do Warszawy, część z nich zdążył skopiować. Trzy miesiące później w Gdańsku pojawił się Gromosław Czempiński i wręczył dymisję Hodyszowi. Trójmiejscy opozycjoniści napisali list w obronie Hodysza. Podpisania listu odmówił Donald Tusk. Powód dymisji dla Hodysza był jasny. Gdy panowie Macierewicz i Naimski byli ministrami, on traktował ich jako swoich legalnych przełożonych i wykonywał skrupulatnie ich polecenia. Stanowisko Hodysza objął Henryk Żabicki. Trudno nie mówić o większym paradoksie.
TRENK
To znaczy?
PIOTROWSKI
Żabicki był oficerem, który prowadził inwigilację Wałęsy przed tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiatym. Wałęsa zaczął oskarżać Hodysza o to, że fałszował jego dokumenty. Ostro zaprotestował przeciw temu Aleksander Hall. Siedemnastego kwietnia dziewięćdziesiątego piątego domem przy ulicy Wojska Polskiego w Gdańsku, gdzie mieszkał Hodysz, wstrząsnął wybuch. Dwa pierwsze piętra wieżowca zapadły się. Hodysz przeżył. Budynek postanowiono wysadzić w powietrze. Hodyszowi dano trzy minuty na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Według niepotwierdzonych informacji, tuż przed wysadzeniem budynku na miejscu katastrofy pojawili się funkcjonariusze, którzy mieli przeszukiwać mieszkanie Hodysza. Być może poszukiwali kopii dokumentów, które zrobił porucznik Bollin. Śmiesznym jest fakt, że jednym z wątków śledztwa w sprawie wybuchu było podejrzenie zamachu terrorystycznego w związku z tym, że w wieżowcu mieszkał Hodysz. Wątek ten zarzucono, uznając ostatecznie, że wybuch gazu spowodował lokator skonfliktowany z mieszkańcami.
TRENK
Czyli krótko mówiąc sprawę zamieciono pod dywan.
PIOTROWSKI
Jak zawsze w takich przypadkach.
TRENK
Ale w dalszym ciągu nie wiem dlaczego Hodysza ulokowali w pańskiej celi, a Siedlińskiego w celi z Chmielewskim?
PIOTROWSKI
Obaj mieli nas naciskać w sprawie śmierci Popiełuszki.
TRENK
Naciskać? Co ma pan na myśli?
PIOTROWSKI
Jeszcze się pan nie domyślił? To, że znaleźli się w naszych celach, nie było dziełem przypadku. Obaj uczyli nas, co mamy mówić w trakcie procesu. Hodysz, będąc ze mną w jednej celi, powiedział mi, że jeśli prawda o zabójstwie Popiełuszki wyjdzie na jaw, to odetną mi łeb. Jemu nakazali przymuszenie mnie do przedstawiania fałszywych zeznań w trakcie procesu. Za jego pośrednictwem rozkazano mi wziąć całą winę na siebie. Nie wiedział, że zanim trafiłem do pierdla, miałem już sporządzony szczegółowy raport w kilkunastu kopiach z wydarzeń osiemdziesiątego czwartego roku, począwszy od dziewiętnastego października. Hodysz wiedział, kto tak naprawdę jest odpowiedzialny za śmierć Popiełuszki, ale bał się mówić.
TRENK
A Siedliński? Również namawiał Chmielewskiego do składania fałszywych zeznań?
PIOTROWSKI
Między innymi. Kiszczak miał co do Chmielewskiego zupełnie inny plan. Siedliński przybył do celi Waldka z konkretnymi wytycznymi. Miał nauczyć go roli człowieka, który jest w stanie załamania nerwowego. Jeśli oglądał pan materiały z wizji lokalnych , gdzie był Pękala i Chmielewski, to pewnie zwrócił pan uwagę na fakt, że w trakcie czynności operacyjnych z udziałem Chmielewskiego, ten w ogóle się nie jąkał. Dopiero, gdy wszedł pierwszy raz na salę rozpraw, na pytania oskarżycieli i sędziego Kujawy, odpowiadał już strasznie się jąkając. Pamięta pan jak mówiłem wcześniej o tym, że w trakcie przerw zabierano nas pojedynczo do sali obok tej, na której odbywał się proces?
TRENK
Pamiętam.
PIOTROWSKI
To resztę niech sobie pan dopowie.
TRENK
Czy istnieje szansa, że prawda o zabójstwie księdza Popiełuszki, ujrzy kiedyś światło dzienne?
PIOTROWSKI
Nie wiem panie Trenk. Może ten wywiad rozjaśni chociaż troszeczkę mroki tej historii.
TRENK
Wyraża pan zgodę na jego publikację?
PIOTROWSKI
Tak. Czy będzie pan dokonywał w tym wywiadzie jakiś poprawek?
TRENK
Nie zamierzam panie Piotrowski. Uznaję pańską spowiedź za całkowicie szczerą i chciałbym żeby pan wiedział, że ja wiem. To nie pan zabił Popiełuszkę. Nie zrobili tego również Pękala i Chmielewski.
Nagle słychać dźwięk otwieranych drzwi od celi. Do środka wchodzi rosły strażnik.
STRAŻNIK
Piotrowski! Koniec widzenia! A panu panie Trenk przypominam, że więcej się już nie zobaczymy. Mam nadzieję, że dostał pan od Piotrowskiego to, po co pan do niego przychodził?
TRENK
Z całą pewnością panie Malicki.
Trenk uśmiechnął się do klawisza i ruszył w stronę wyjścia z więzienia. Wiedział, że dzisiaj też go nie zrewidują. Obejrzał się przez ramię. Malicki stał jak osłupiały. Pewnie zastanawiał się skąd ten pismak zna jego prawdziwe nazwisko. Tego nigdy jednak się nie dowiedział.
POST SCRIPTUM
Przemysław Trenk – dziennikarz śledczy , mimo nacisków ze strony UOP i wywiadu wojskowego opublikował wywiad z Piotrowskim. Później okazało się, że cały wywiad uznano za wytwór jego wyobraźni. Niestety, macki zleceniodawców mordu na księdzu Jerzym sięgają wciąż bardzo daleko. Trenk jednak wciąż węższy i stara się dociec prawdy. Czy mu się uda? Póki co materiały w tej sprawie, które zebrał do tej pory, i które pragnę państwu przedstawić, pozwalają przypuszczać, że prawda o śmierci kapelana Solidarności nigdy nie ujrzy światła dziennego.
Trzydzieści dziewięć lat temu, 22 kwietnia 1985 roku, po dwóch rozprawach został wydany kolejny wyrok dla sprawców uprowadzenia i śmierci kapelana Solidarności. Jak doszło do tego, że niemal żaden z nich nie odsiedział całej kary? Niespełna dwa i pół miesiąca wcześniej, 7 lutego 1985 roku, toruński Sąd Wojewódzki skazał czterech byłych funkcjonariuszy Departamentu IV MSW na kary od 14 do 25 lat pozbawienia wolności. Co prawda, prokurator w mowie końcowej zażądał dla Grzegorza Piotrowskiego kary śmierci (wbrew stanowisku oskarżycieli posiłkowych), jednak sąd skazał go, wraz z Adamem Pietruszką, na kary po 25 lat więzienia. Leszek Pękala miał odsiedzieć 15 lat, a Waldemar Chmielewski – 14. Kwietniowa rozprawa przed Sądem Najwyższym nie wzbudziła już tak szerokiego zainteresowania mediów jak proces toruński. Sami oskarżeni funkcjonariusze, jak wynika z zachowanych protokołów, nie byli na rozprawach obecni. Zmienili się tylko niektórzy adwokaci, którzy reprezentowali skazanych esbeków, zaś Sąd Najwyższy podtrzymał wyroki z Torunia. Jak się później okazało, prawie żaden nie odsiedział pełnego wymiaru kary. Ponad rok później, 10 lipca 1986 roku, ówczesny szef MSW - gen. Czesław Kiszczak odbył dłuższe spotkanie z arcybiskupem Bronisławem Dąbrowskim oraz księdzem Alojzym Orszulikiem. Rozmowa dotyczyła między innymi amnestii dla wszystkich więźniów, którzy odbywali wówczas w PRL kary pozbawienia wolności. "Siedzimy nad tym tematem. Rozważane są różne koncepcje, szersze i węższe. Nie będzie to prawdopodobnie amnestia, ale akt łaski. Przyjrzymy się każdemu więźniowi. Na pewno będzie zwolnienie więźniów politycznych, choć nie ma jeszcze decyzji politycznych, który wariant zostanie zastosowany" - stwierdził generał. Dalej Kiszczak wspomniał, że myśli o zastosowaniu amnestii wobec księdza Sylwestra Zycha, skazanego w 1982 roku m.in. "za udział w związku zbrojnym" wraz z kilkoma młodymi ludźmi z Grodziska Mazowieckiego. Dwójka z nich brała udział w próbie rozbrojenia milicjanta Zdzisława Karosa. Podczas szamotaniny padł strzał, a ranny milicjant wkrótce zmarł. "Boję się jednak" – kontynuował opowieść generał Kiszczak - "że jeśli ruszymy sprawę sprawców zabójstwa Karosa, to powstaje problem zabójców ks. Popiełuszki. Jeśli nie zostanie wobec nich wykonany jakiś akt [łaski], to całe zło skrupi się na nich. Dlatego chciałbym się poradzić księdza arcybiskupa, jakie by widział rozwiązanie w tej sprawie.
Arcybiskup zdecydowanie odpowiedział Kiszczakowi, że łączenie tych dwóch spraw jest niedopuszczalne. "Zabójstwo ks. Popiełuszki było dokonane przez funkcjonariuszy MSW z premedytacją, podczas gdy zabójstwo [sierżanta Zdzisława] Karosa dokonało się w szczególnych okolicznościach – początek stanu wojennego – i było raczej przypadkowe" - replikował abp. Dąbrowski. Kiszczak pozornie zgodził się z hierarchą, ale i tak zrobił swoje. Zaledwie dwa miesiące po tej rozmowie rozpoczął urzędowe starania o przeprowadzenie zmniejszenia kar skazanym esbekom. I wkrótce przyniosły one spodziewane efekty.I tak 7 października 1986 roku złagodzono kary trzem skazanym w Toruniu byłym funkcjonariuszom MSW: Pietruszce z 25 na 15 lat, Pękali z 15 na 10, a Chmielewskiemu z 15 do 8. Ale to nie koniec. Ponad rok później, 17 grudnia 1987 roku, doszło do ponownego złagodzenia kar z Torunia: Pietruszce do 10 lat, Pękali do 6, a Chmielewskiemu do czterech i pół. Po raz pierwszy złagodzono też karę Piotrowskiemu: z 25 do 15 lat pozbawienia wolności. Każda z tych amnestii była oparta na ustawie z lipca 1986 roku "o szczególnym postępowaniu wobec sprawców niektórych przestępstw". Za każdym razem naginano PRL-owskie prawo. Przyspieszyło to jednak opuszczanie zakładów karnych przez skazanych w procesie toruńskim. Pierwszy odzyskał wolność Chmielewski: stało się to już w kwietniu 1989 roku. Cztery lata później wrócił za kraty, by dodatkowo odbyć karę 6 miesięcy więzienia. Ostatecznie wolność odzyskał w grudniu 1993 roku. Zmienił nazwisko, założył firmę, wrócił do rodziny. Leszek Pękala wyszedł z więzienia 23 października 1990 roku. Zmienił imię i nazwisko. Z kolei Adam Pietruszka zakończył odbywanie kary 9 września 1994 roku. Dziś jest emerytem.
Wkrótce po wyjściu Pietruszki, Grzegorz Piotrowski rozpoczął starania o przedterminowe warunkowe opuszczenie zakładu karnego. Odbył wszak 2/3 kary i wedle prawa mógł takie starania poczynić. Jednak w MSW nie było już Kiszczaka. A Sąd Najwyższy postanowieniem z 9 lutego 1995 roku odrzucił prośbę Piotrowskiego, motywując to m.in. i tym, że istotne jest w tej sprawie "akceptowalne społeczne poczucie sprawiedliwości i (…) cel ogólnoprewencyjny". Według Sądu Najwyższego tych przesłanek w przypadku byłego kapitana Departamentu IV MSW nie można uznać za wystarczające i dlatego odrzucił jego prośbę. Ostatecznie Piotrowski odzyskał wolność 16 sierpnia 2001 roku.
Do dziś jednak nikt – poza czwórką byłych funkcjonariuszy Departamentu IV MSW – nie usłyszał w sprawie uprowadzenia i zabójstwa księdza Popiełuszki skazującego i prawomocnego wyroku. Raport Piotrowskiego na temat prawdziwych zabójców ks. Popiełuszki do dnia dzisiejszego nie ujrzał światła dziennego. Jako autor tej sztuki przyjmuję dwie hipotezy:
Pierwsza – raport nigdy się nie odnajdzie
Druga – Raport nigdy nie istniał
Wnioski zostawiam państwu.
Przemysław Trenk


Komentarze