Między miłością a obowiązkiem
- Agnieszka Dyszak

- 31 paź
- 2 minut(y) czytania
Są kobiety, które żyją w związkach nie dlatego, że są szczęśliwe, ale dlatego, że nie widzą innej drogi. Bo mają dziecko, bo nie pracują, bo codzienność stała się zbyt ciężka, żeby jeszcze dźwigać decyzję o zmianie. Bo lęk przed tym, co po drugiej stronie odwagi, jest większy niż tęsknota za wolnością.
Codzienność takich kobiet nie krzyczy. Nie widać jej w raportach ani statystykach. Jest cicha, jak szum pralki, jak oddech dziecka śpiącego w drugim pokoju, jak ten gest – mechaniczny, powtarzalny, codzienny – którym sprzątają po obiedzie. Nie walczą o siebie, bo już dawno przestały wierzyć, że mogą coś zmienić. Ich energia kieruje się tam, gdzie musi: w troskę, w przetrwanie, w jeszcze jeden uśmiech dla dziecka.
Aż pewnego dnia pojawia się ktoś. Nie bohater z bajki, tylko ktoś, kto patrzy inaczej. Kto przypomina im, że są kimś więcej niż matką, więcej niż cichą towarzyszką w domu bez słów. Wystarczy jedno spojrzenie, rozmowa, gest – i rodzi się tęsknota. Za bliskością, za byciem widzianą, za tym prostym poczuciem, że można być kochaną i komuś potrzebną nie z obowiązku, lecz z pragnienia.
Ta iskra może jednak boleć. Bo co zrobić z odkryciem, że życie mogłoby wyglądać inaczej, jeśli się wierzy w niemożność? Kobieta, która przez lata walczyła z niemocą, z depresją, z ograniczeniami ciała i ducha, nagle staje oko w oko z własnymi marzeniami. I boi się ich bardziej niż czegokolwiek innego. Bo wie, że każdy ruch może kogoś zranić: dziecko, partnera, rodzinę.
Świat surowiej ocenia kobiety niż mężczyzn. Ona, jeśli odejdzie, to egoistka, niewdzięczna, winna. On, gdy odchodzi, po prostu się odnalazł. Dlatego większość zostaje. Bo łatwiej przetrwać dzień niż zburzyć czyjś spokój, nawet ten pozorny.
Są też tacy, którzy próbują doradzić z zewnątrz: „Masz to, na co się zgadzasz. Możesz wszystko.” Nie wiedzą, czym jest zmęczenie tkanek, tłumione latami łzy, smutek wyglądający jak rezygnacja. Bo czasem człowiek nie chce – nie dlatego, że nie potrafi, ale dlatego, że już nie ma siły próbować.
Niektóre kobiety decydują się skoczyć w nieznane i czasem odnajdują tam światło. Inne wracają – poranione, z pustymi rękami, ale jeszcze bardziej świadome ceny marzeń. Większość jednak trwa. Dla dziecka, dla jutra, dla zwykłego „jakoś to będzie”.
Czasem miłość oznacza pozostanie. Innym razem odejście. I nikt poza nią samą nie wie, która decyzja jest odwagą, a która poświęceniem.


Czasami strach jest silniejszy niż własne marzenia....Ale czy warto po prostu być bez własnej prawdy?
Bardzo przejmujący tekst Aguś .
Bojąc się o opinię innych nigdy się nie uwolnisz ...Moją historię znasz.
Sam przez to przechodziłem. Zarówno zawodowo jako pedagog i terapeuta, jak i osobiście, jako mąż i ojciec.
I potwierdza się w tym przypadku stare porzekadło, że "szewc bez butów chodzi".
Tak, naszpikowany wiedzą i jakimś tam doświadczeniem prowadziłem terapię dla par, przechodzących rozmaite kryzysy, dla młodych dziewczyn z depresją poporodową, dla wypalonych matek i żon, które społeczeństwo najchętniej spaliło u na stosie.
Tu musiałem liczyć się z tym, że jako bezstronny, neutralny element układanki stanę się katalizatorem. Że obiektywnie obnażając rozmaite zaszłości, naleciałości, przyczyny, skutki, formy i schematy z czasem stanę się tym "gorzkim" acz skutecznym lekarstwem, które zadziała lub nie. Można doprowadzić konia do wodopoju, ale napić się za niego nie sposób.
Więc bywało, że stawałem się wrogiem numer…