„Echo fotografii”
- Agnieszka Dyszak

- 27 paź
- 2 minut(y) czytania
„Gdy się miało szczęście które się nie trafia, czyjeś ciało i ziemię całą a zostanie tylko fotografia, to jest to bardzo mało” — te słowa prześladują mnie przez większą część mojego dorosłego życia. Dlaczego? Nie wiem.
Kiedy? Gdy mam gorsze dni, gdy przygnębienie wbija mnie w materac. To uczucie nie jest nowe, lecz zawsze zaskakujące w swojej sile. Skąd się bierze to przygnębienie?
Poznałam kogoś — niby nic ważnego, niby przypadek, a jednak ten ktoś wkradł się głęboko do mojego jestestwa, do mojej istności — pojęcia, które moja przyjaciółka często zamyka w wierszach. Istność — ten tajemniczy związek ducha i ciała, emocji i myśli, który trudno opisać słowami, a jednak ma moc tworzenia głębokich więzi.
Spotkanie przypadkowe? O ile przypadki istnieją… Kilka wymienionych zdań, kilka gestów, kilka śmiechów — jak delikatne światło w codziennej szarości. Miłe bycie zauważoną, docenioną.
Lecz potem dzieje się coś (nie)przypadkowego — chwila zachwiania, utrata równowagi, zawirowanie w przestrzeni emocji, i nagły kres.
Dzień bez porannego „dzień dobry”, bez pytań, opinii, rady. Czuję pustkę — brak, który przybiera kształt niewidzialnego cienia. Ten cień woła, domaga się odpowiedzi, a ja nie wiem, jak go ukoić.
Niby to normalne, bo było miło, a teraz jest inaczej. Brakuje czegoś, ale co to tak naprawdę? Dlaczego ten cytat, te wersy — tak dalekie od mojej rzeczywistości — tak bardzo mnie dręczą? „Gdy się miało szczęście które się nie trafia, czyjeś ciało i ziemię całą”… Jakie ciało? To były tylko słowa, nic więcej. Ten skrawek wiersza wżera się we mnie, nie na miejscu, bez sensu, bezpodstawny.
„Fotografia” Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej to obraz utraty czegoś więcej niż obecność fizyczna — to strata wszelkiego głębokiego uczucia, które pozostawia po sobie żal i pustkę. Ten wiersz jest krzykiem duszy, którą przeniknęła nieodwracalna strata. Ale ja nie jestem tą duszą. Nie chcę nią być. Nie chcę tego czuć. Nie czuję przecież.
Z innego cytatu Stanisława Jerzego Leca przychodzi myśl: „Myślenie o kobiecie jest jak próba uchwycenia wiatru — im bardziej starasz się ją pojąć, tym bardziej wymyka się z rąk, zostawiając jedynie czucie.” Trudno zrozumieć kobiecą naturę tylko przez rozum. To sprzeczność, która istnieje w każdej z nas — logiczna analiza nie sięga tych głębin, które zna tylko uczucie. I tak jest też ze mną.
Cóż mogę zrobić? Zaśmiać się cicho i zaśpiewać śpiew dzieciństwa:
„Być kobietą, być kobietą - marzę ciągle będąc dzieckiem... Ach, kobietą być nareszcie, a najczęściej o tym marzę, kiedy piorę ci koszule albo... naleśniki smażę…”
I tak staram się odnajdywać siebie — pomiędzy echem utraconych słów a zwykłą codziennością, która nadal trwa.



Komentarze