Recenzuje Radek
- 23 cze
- 3 minut(y) czytania
Składnia gniewu - Justyna Maciejewska
Gniew nie podnosi głosu od razu.
Najpierw osiada między włosami,
jak drobny piasek przyniesiony z dnia, który miał być zwyczajny.
Potem wchodzi pod paznokcie.
Między mokre pasma.
Między gest i ocenę.
I nagle wszystko zaczyna znaczyć więcej, niż powinno.
Szczotka staje się dowodem.
Zlew staje się oskarżeniem. Kilka słów zamienia się w kamienie
wrzucane do tej samej studni.
W gramatyce zmęczenia nie istnieje strona bierna.
Zawsze jest ktoś, kto robi za mało.
Albo za dużo. Albo nie tak.
Najbardziej bolą wtedy nie słowa.
Nie uwagi. Nie pouczenia.
Najbardziej boli niewidzialność.
Godziny spędzone nad drobnymi sprawami codzienności znikają jak para na lustrze. Troska zostaje skreślona
jednym zdaniem.
Wysiłek zamienia się w przypis,
którego nikt nie czyta.
A przecież są dni, gdy człowiek nie chce podziękowań.
Chce tylko, żeby ktoś zauważył, że stoi.
Że nie jest meblem. Nie jest cieniem przesuwającym się między pokojami.
Że ma własne zmęczenie.
Własne ręce.
Własny ciężar.
Wieczór wtedy przypomina garnek zostawiony zbyt długo na ogniu.
W środku wszystko bulgocze.
Niedopowiedziane zdania.
Połknięte odpowiedzi. Małe urazy odkładane miesiącami jak monety
do słoika.
I wystarczy jeden gest.
Jedno zdanie.
Jedno:
P o w i n n o b y ć i n a c z e j
A wtedy pęka szkło. Nie na stole.
W środku.
Bo czasami człowiek nie złości się
o drobiazgi . Nie o słowa. Nie o rzeczy.
Złości się o wszystkie chwile, w których jego starania przechodziły przez pokój
i nie zostawiały po sobie nawet śladu spojrzenia.
Dlatego nocą gniew siada cicho
na brzegu i już nie krzyczy.
Patrzy.
A w jego oczach odbijają się rzeczy- umarły bez pogrzebu.
Justyna Maciejewska
Recenzja
Ten wiersz przypomniał mi, że gniew jest istotą niezwykle dobrze wychowaną. Nie wpada z trzaskiem drzwi, nie wymachuje transparentem, nie zgłasza swojej obecności przez domofon. Przychodzi po cichu i zajmuje miejsce pomiędzy codziennymi przedmiotami, które nagle zaczynają prowadzić własne śledztwo. Szczotka zeznaje. Zlew oskarża. Studnia przechowuje dowody rzeczowe.
Bardzo porusza mnie zawarta tutaj "gramatyka gniewu". To nie jest język wielkich konfliktów, lecz język przemilczeń, niedopowiedzeń i niezauważonych starań. Bardzo celnie pokazujesz, że emocje mają własną składnię, czasem bardziej skomplikowaną niż zdania wielokrotnie złożone. Szczególnie trafne wydaje się zdanie o braku strony biernej w gramatyce zmęczenia. Jakże przewrotnie i prawdziwie! W chwilach wyczerpania wszystko szuka podmiotu, winnego, adresata, a tak rzadko znajduje świadka.
Najmocniej wybrzmiewa dla mnie temat niewidzialności. Nie tej poetyckiej, z baśni i legend, lecz codziennej, domowej. Człowiek stoi, działa, niesie, pamięta, troszczy się, a jego obecność staje się tak oczywista, że aż przezroczysta. I właśnie wtedy rodzi się ten cichy gniew, który nie domaga się fanfar ani pomników. Chce jedynie zostać zauważony.
Piękne są również metafory rozrzucone po tekście jak małe latarnie. Para na lustrze, przypis, którego nikt nie czyta, monety uraz odkładane do słoika, szkło pękające wewnątrz człowieka - wszystkie te obrazy tworzą przejmującą opowieść o emocjach, które długo pozostają bez języka.
A końcowy obraz gniewu siedzącego nocą na brzegu wydaje mi się szczególnie poruszający. Bo dojrzały gniew nie zawsze krzyczy. Czasem tylko patrzy na wszystko, co umarło bez pożegnania: na niedostrzeżone wysiłki, niesłyszane zmęczenie, niezadane pytania. I chyba właśnie dlatego ten wiersz zostaje z czytelnikiem na dłużej. Przypomina, że człowiek nie potrzebuje nieustannego podziwu. Czasem wystarczy jedno uważne spojrzenie, które powie: "Widzę, że jesteś. Widzę, ile niesiesz".
Dobrze, że komentarze nie mają podglądu na żywo, bo być może zobaczyłabyś, jak dorosły facet ukradkiem ociera łzę, mówiąc niczym wiadomy Staś Tarkowski do Nel, że mu się oczy pocą, co zważywszy na obecną pogodę byłoby kłamstwem tylko poniekąd.
A to, jak wiadomo, bywa cenniejsze od najpiękniejszego komplementu.
Radosław Kowalski









Komentarze