Monika Zając-Czerkies
- 12 lip
- 3 minut(y) czytania
Flara jak echo duszy
migawki dwie, w oczach
wolno rejestrujące
zamykające się wachlarzyki niczym
cykl przyrody
jestem twórcą spojrzenia
kronikarką pokazu
mam to na taśmie w głowie
kino trwa, kiedy chcę
promień skapujący gorącym woskiem na skórę
syczę zadziwieniem
nutą niepewnego zachwytu
światło - jest i trwa
rozogniając we mnie ciemne kąty
mam siebie w pełnej krasie
widzę w słońcu
wola zapalenia świecy przewyższa lęk
przed gorącym woskiem
i samostopieniem
palę się od środka
żarem trwania
flara czasem pojawia się jako dowód
mego istnienia
jak echo duszy obok ciała
Światło, które potwierdza istnienie. Esej interpretacyjny wiersza Moniki Zając-Czerkies
Są wiersze, które nie opisują świata zewnętrznego, lecz próbują uchwycić moment spotkania człowieka z samym sobą. Nie pytają o to, co widzimy, ale o to, kto patrzy. Wiersz Moniki Zając-Czerkies „Flara jak echo duszy” jest właśnie takim zapisem wewnętrznego przebudzenia — chwilą, w której spojrzenie przestaje być bierną obserwacją, a staje się aktem tworzenia. Bohaterka utworu nie tylko doświadcza światła, ale sama staje się jego źródłem. Flara — krótkie, intensywne rozbłyski światła — staje się tutaj metaforą istnienia, pamięci i duchowej obecności.
Pierwsze wersy wprowadzają czytelnika w przestrzeń zatrzymanego spojrzenia:
migawki dwie, w oczach
wolno rejestrujące
zamykające się wachlarzyki niczym
cykl przyrody
Obraz rozpoczyna się od oka, od samego aktu widzenia. Jednak nie jest to zwykła obserwacja. Oczy stają się niemal aparatem fotograficznym, który zapisuje rzeczywistość. „Migawki” sugerują ulotność chwili, ale jednocześnie jej trwałość — to, co przemija w świecie zewnętrznym, zostaje zachowane w pamięci. Porównanie do cyklu przyrody nadaje temu procesowi naturalny rytm: otwieranie i zamykanie, pojawianie się i znikanie, życie i przemijanie.
W kolejnym fragmencie podmiot liryczny przejmuje rolę artysty:
jestem twórcą spojrzenia
kronikarką pokazu
To jeden z najważniejszych momentów wiersza. Bohaterka nie jest już tylko świadkiem rzeczywistości. Staje się jej interpretatorem. Spojrzenie nie jest neutralne — każdy człowiek tworzy własny obraz świata poprzez pamięć, emocje i doświadczenie. „Kronikarka pokazu” zapisuje nie tyle wydarzenia, ile własne przeżycie ich obecności.
Bardzo ciekawy jest obraz:
mam to na taśmie w głowie
kino trwa, kiedy chcę
Pamięć zostaje przedstawiona jako prywatna sala kinowa, w której człowiek może ponownie odtwarzać najważniejsze chwile. Nie jest to jednak zwykłe wspominanie. To świadomy powrót do obrazów, które nadają sens teraźniejszości. Człowiek nosi w sobie własne archiwum światła — zapis spojrzeń, emocji i momentów zachwytu.
Wiersz zaczyna jednak przekraczać granicę między zachwytem a doświadczeniem niemal fizycznym:
promień skapujący gorącym woskiem na skórę
syczę zadziwieniem
nutą niepewnego zachwytu
Światło przestaje być czymś łagodnym i odległym. Nabiera temperatury, dotyka ciała, może nawet zranić. Pojawia się paradoks: człowiek pragnie światła, choć wie, że bliskość płomienia niesie ryzyko bólu. To napięcie między zachwytem a lękiem jest jednym z najważniejszych tematów utworu. Prawdziwe doświadczenie życia wymaga bowiem gotowości na intensywność — na to, że to, co rozświetla, może również wypalić.
Centralną metaforą wiersza jest światło:
światło - jest i trwa
rozogniając we mnie ciemne kąty
Nie chodzi jednak o światło zewnętrzne. Jest ono symbolem świadomości, poznania siebie, wewnętrznej siły. Ciemne kąty oznaczają te obszary człowieka, do których nie zawsze chce zaglądać — lęki, ukryte emocje, niewypowiedziane prawdy. Światło nie niszczy tych miejsc, lecz pozwala je zobaczyć. Dzięki temu bohaterka może powiedzieć:
mam siebie w pełnej krasie
widzę w słońcu
To moment samopoznania. Nie chodzi o doskonałość, ale o pełnię — zgodę na wszystkie elementy własnej osobowości. Człowiek staje się widoczny dla samego siebie.
Niezwykle mocno brzmi fragment:
wola zapalenia świecy przewyższa lęk
przed gorącym woskiem
i samostopieniem
Świeca jest tutaj symbolem wyboru. Zapalenie jej oznacza decyzję o wejściu w światło, nawet jeśli wiąże się to z ryzykiem utraty części siebie. „Samostopienie” można odczytać jako metaforę przemiany — dawna forma musi się rozpuścić, aby mogła pojawić się nowa. To nie destrukcja, lecz proces dojrzewania.
Dlatego kolejny wers:
palę się od środka
żarem trwania
nie mówi o cierpieniu, ale o intensywności istnienia. Płomień wewnętrzny jest dowodem życia. Człowiek trwa nie dlatego, że pozostaje nieruchomy, lecz dlatego, że wciąż coś w nim płonie.
Finał przynosi najważniejsze dopowiedzenie:
flara czasem pojawia się jako dowód
mego istnienia
jak echo duszy obok ciała
Tytułowa flara okazuje się czymś więcej niż błyskiem światła. Jest znakiem obecności, krótkim rozbłyskiem, który potwierdza: jestem, czuję, widzę, przeżywam. Dusza zostaje ukazana jako coś, co nie jest oddzielone od ciała, ale pozostawia w nim swoje ślady. Jest „echem” — niewidzialnym, lecz możliwym do usłyszenia.
Monika Zając-Czerkies stworzyła wiersz o niezwykłej sile wewnętrznego światła. To utwór o patrzeniu, które staje się poznaniem, o pamięci, która przechowuje najważniejsze chwile, i o odwadze bycia blisko własnego płomienia. „Flara jak echo duszy” przypomina, że czasem jeden moment olśnienia wystarczy, aby człowiek zobaczył siebie wyraźniej niż przez całe lata.
Bo światło, którego szukamy na zewnątrz, często najpierw musi zapłonąć w nas samych.
Tomasz Walczak









Komentarze