Herbata ziołowa
- 19 maj
- 4 minut(y) czytania
Plac budowy pośrodku szczerego pola. Ktoś — pewnie jakiś ekscentryk — postanowił właśnie tutaj stworzyć największe w regionie centrum rozrywki.
I dobrze. Przynajmniej ludzie mają pracę. Najpierw przy budowie, a potem już w tym całym gigantycznym parku.
Mieszkańcom pomysł się spodobał. W okolicy do tej pory nie było właściwie nic — żadnych rozrywek, nawet porządnego supermarketu. A teraz nagle coś zaczęło się dziać.
Małe miasteczko ożyło.
Niewielki sklepik wielobranżowy przeżywał prawdziwe oblężenie — więcej klientów, większe zyski, więcej rozmów przy ladzie. Właśnie tam zobaczyła go pierwszy raz.
Stał odwrócony do niej plecami.
Przepocony podkoszulek opinał jego ramiona, podkreślając mięśnie wyrzeźbione ciężką, fizyczną pracą. Włosy miał związane w kucyk.
Odwrócił się powoli, jakby poczuł na sobie jej wzrok.
I uśmiechnął się.
Dorota odwzajemniła uśmiech. Na chwilę zatraciła się w jego oczach. Były… nieziemskie. Miały w sobie coś z kosmosu.
— Cześć — usłyszała. Głos miał pewny, ale ciepły.
— Cześć — odpowiedziała, mrugając, choć wciąż nie była w stanie oderwać od niego wzroku.
Po chwili jej spojrzenie powędrowało niżej — na klatkę piersiową i brzuch. I było na czym je zatrzymać. Nie dlatego, że był idealnie wyrzeźbiony. Żadnego sześciopaka. Zamiast tego — lekko odstający, miękki brzuch.
Dorota uśmiechnęła się szeroko.
— No co, podoba się ciało? — zapytał.
Tym razem w jego głosie było już mniej pewności.
— Yhym… podoba się…
— Olaf — wyciągnął do niej rękę.
— Dorota.
Uścisnął jej dłoń dość mocno, ale nie na tyle, żeby sprawić ból. Ani na moment nie spuścił z niej wzroku. Poczuła się dziwnie — jakby próbował ją prześwietlić, zajrzeć w myśli.
— A gdzie Toto? — zapytał nagle.
— Toto? Co? Nie rozumiem.
Uśmiechnął się szeroko.
— Dorotka… Toto… pies?
Roześmiała się.
— Racja, faktycznie pasuje. Ale nie mam psa. Mam kota. Lunę.
— Podoba ci się moja dłoń?
Zorientowała się dopiero wtedy, że wciąż ją ściska. Natychmiast puściła.
— Przepraszam…
— Nie przepraszaj. To miłe.
Wyszła ze sklepu, nic nie kupując. Zapomniała, po co właściwie tam przyszła. Ruszyła w stronę roweru stojącego przy wejściu, próbując sobie przypomnieć, czego potrzebowała — bez skutku.
Dopiero po chwili zauważyła, że ktoś idzie za nią.
Odwróciła się.
— Śledzisz mnie? — zapytała.
— Tak. Chcę zobaczyć, gdzie mieszkasz. I z kim.
Zaskoczył ją swoją bezpośredniością.
— Więc? Masz kogoś? Chłopaka, męża? O kocie już wiem.
Roześmiała się. Podobał jej się. Był bezczelny, pewny siebie — może aż za bardzo — ale było w nim coś, czego nie potrafiła zignorować.
— Mam tylko kota.
— Chciałbym ją poznać.
— Kogo? — zapytała niepewnie.
— Tę czarującą kocicę.
— Wcale nie jestem czarująca i skąd pomysł, że możesz mnie tak nazywać…
I nagle zrozumiała. Chodziło o Lunę. Poczuła, jak policzki robią się czerwone.
Olaf podszedł bliżej. Zdecydowanie bliżej, niż pozwalałby na to ich krótki staż znajomości.
— Podoba mi się, że pomyślałaś o sobie — powiedział cicho, niemal przy jej uchu. — I owszem… jesteś czarująca.
Był wyższy od niej o głowę. Jego ciało dawało jej cień, którego teraz potrzebowała, bo czuła, że płonie. Przez niego.
Uniósł się w niej impuls, którego nie potrafiła zatrzymać. Spojrzała mu w oczy — teraz nie przypominały już błękitnej laguny, raczej głębiny oceanu, pełne tajemnic.
Chciała je poznać.
Powoli położyła dłoń na jego torsie, przesunęła ją lekko, aż w końcu oparła czoło o jego klatkę piersiową. Wciągnęła jego zapach — pot zmieszany z delikatną wodą toaletową.
Nie była w stanie się poruszyć.
Olaf wyczuł to natychmiast. Objął ją w pasie jedną ręką, a drugą delikatnie odsunął kosmyk włosów z jej policzka. Jego dłoń była ciepła. Kojąca.
Dorota drgnęła lekko, jakby dopiero teraz dotarło do niej, jak blisko stoją. Serce biło jej szybko, nierówno, a każdy jego oddech czuła na swojej skórze.
— Olaf… — wyszeptała w końcu, unosząc głowę.
Patrzył na nią tak, jakby naprawdę chciał zajrzeć pod powierzchnię.
— Za szybko? — zapytał ciszej.
Zaskoczył ją tym pytaniem.
— Nie wiem — odpowiedziała szczerze. — Normalnie powiedziałabym, że tak.
Kącik jego ust drgnął.
— A teraz?
— A teraz… nie chcę, żebyś się odsuwał.
Przesunął dłoń wyżej, na jej plecy, jeszcze bardziej skracając dystans — ale wciąż jakby dawał jej wybór.
Nie cofnęła się.
Uniosła lekko brodę.
Ich usta spotkały się ostrożnie, prawie nieśmiało. Ciepło rozlało się po całym jej ciele, a świat wokół nagle przestał mieć znaczenie.
Kiedy się od siebie odsunęli, przez chwilę nie otwierała oczu.
— No… — odezwał się Olaf z lekkim rozbawieniem — teraz to już chyba muszę poznać tę Lunę.
Zaśmiała się cicho.
— Może… jeśli będziesz grzeczny.
— To może być problem.
— W takim razie zobaczymy — rzuciła, odwracając się w stronę roweru.
Zrobiła kilka kroków, po czym obejrzała się przez ramię.
— Idziesz czy dalej będziesz mnie śledził?
Uśmiechnął się szeroko i bez słowa ruszył za nią.
***
Kotka podeszła ostrożnie, obwąchała jego dłoń, a potem — ku wyraźnemu zaskoczeniu Doroty — otarła się o niego i zaczęła mruczeć.
— Okej… — zaśmiała się.
— Chyba ma dobry gust — rzucił lekko.
Dorota pokręciła głową, ale uśmiechnęła się.
Przez chwilę obserwowała ich oboje — jego pochylonego nad kotką i tę dziwną, nieoczekiwaną czułość w jego ruchach. Zupełnie inną niż ta pewność siebie sprzed sklepu.
— Mam kawę, herbatę, wodę…
— Herbatę. Ziołową, najlepiej… jeśli to nie kłopot.
Dorota poszła do kuchni i po kilku minutach wróciła z dwoma dużymi, parującymi kubkami.
— Chyba lepiej poczekać, aż trochę przestygnie.
— Nie spieszy mi się. Ani trochę.
Usiadł na kanapie, a Luna natychmiast wskoczyła obok niego, jakby znała go od lat. Dorota usiadła naprzeciwko, podciągając nogi pod siebie.
Patrzyli na siebie w ciszy.
Za oknem słońce zaczynało powoli zachodzić, rzucając ciepłe światło na ściany i podłogę. Gdzieś w oddali było słychać odgłosy budowy — przypomnienie, że wszystko wokół dopiero się zaczyna.
I może coś między nimi też.
Dorota nie wiedziała, kim naprawdę jest Olaf. Nie wiedziała, jak długo tu zostanie. Nie wiedziała nawet, czy powinna mu ufać.
Ale pierwszy raz od dawna… nie chciała tego wiedzieć od razu.
Wystarczało, że był.
I że patrzył na nią tak, jakby to miało znaczenie.
Agnieszka Dyszak



Komentarze